Kamienne dziury, walenie i rownik
Lipiec 16th, 2010 — adminJestesmy w Quito – stolicy Ekwadoru. Ladne to miasto, ale niestety w jego pelnym pozytywnym odbiorze przeszkadza nam troche pogoda – odkad tutaj dotarlismy prawie caly czas niebo zakrywaja szare chmury, a co jakis czas zaczynaja “zaby spadac na ziemie”. Ale mimo to podoba sie nam tutaj, tym bardziej ze jestesmy jedynie o kilka kilometrow oddaleni od rownika, o czym sama mysl – nie wiedziec czemu – wprawia nas w dobre humory.
Ale nie galopujac zbyt do przodu opowiemy po krotce co sie u nas dzialo przez ostatnie dwa tygodnie. Ostatnio pisalismy do was tuz po powrocie z Machu Picchu, o ktorym wspomnienie nadal jest w naszych glowach bardzo swieze i zywe i wielce radosne. Jednakze nie tracac czasu, nie popadalismy w zbytnia nostalgie i juz kolejnego dnia po powrocie z gor, udalismy sie w droge do stolicy Peru – Limy. Droga byla dluuuga, wiec dopiero po ponad 20 godzinach jazdy w nieklimatyzowanym, ciasnym autobusie dotarlismy w koncu na miejsce. Bylismy spoznieni pare godzin (co nie jest tu rzadkoscia, a raczej stanowi norme, ze autobusy przyjezdzaja 2-3 lub nawet ponad 4 godziny po wyznaczonym czasie), wiec zamiast – jak planowalismy – pojechac do naszego couchsurfingowego gospodarza Franco, najpierw prosto z dworca postanowilismy isc do Ambasady RP, by oddac glos w wyborach prezydenckich. Troche nam bylo glupio wchodzic w dresach, niezbyt schludni po wielogodzinnej podrozy autobusem do ambasady, gdzie wszyscy byli pieknie ubrani “pod krawatem”, gdzie z sufitow zwisaly eleganckie zyrandole i ogolnie panowala atmosfera wielkiej kultury. Mimo naszego stanu wszyscy przyjeli nas bardzo milo i cieplo, porozmawiali z nami o naszej podrozy i dalszych planach i mozna powiedziec – byli bardzo otwarci na kontakt z nami. Zatem mimo, ze oddanie glosu trwalo pare sekund, w ambasadzie spedzilismy dluzszy moment gaworzac z jej pracownikami.
Dalsze nasze chwile w Limie byly juz “zwykla” kontynuacja naszej podrozy. Zobaczylismy historyczna czesc miasta z Plaza de Armas i Plaza San Martin na czele, zwiedzilismy Muzeum Inkwizycji (ktore na szczescie bylo darmowe, gdyz w innym wypadku bylibysmy zli, ze wydalismy pieniadze – nasze oczekiwania przerosly to, co bylo nam zaprezentowane) i obserwowalismy zycie stolecznych Peruwianczykow. Szczerze powiedziawszy mozemy spokojnie stwierdzic, ze Lima – choc calkiem przyjemna w odbiorze i na pewno nie tak przytlaczajaca jak boliwijskie La Paz – nie ma zbyt wiele do zaproponowania. Dlatego tez reszte naszego czasu w tym miescie (a nie bylo go zbyt wiele) postanowilismy spedzic mniej konwencjonalnie niz dotychczas - to znaczy nie maszerujac po nim i nie ogladajac “pieknej kolonialnej architektury”, czy roznego rodzaju monumentow. Spotkalismy sie zamiast tego z para Polakow z Poznania – Danka i Tomkiem (ich podboje swiata mozecie obejrzec na: http://www.gryka.com/), ktorych spotkalismy na Machu Picchu, a po wypitej wspolnie kawce pojechalismy do dzielnicy Miraflores.
Miraflores slynie z nocnego zycia, sklepow, kafejek, pubow, restauracji, czy galerii handlowych. Z drugiej strony jego wizytowka jest plaza i fakt, ze sa tutaj calkiem niezle miejsca do surfingu. Zatem zaliczywszy pierwsza z tutejszych atrakcji i po najedzeniu sie do syta, Mateusz postanowil wykorzystac mozliwosc i … poszedl na lekcje surfingu. Pod czujnym okiem instruktora nabywal umiejetnosci staniecia na desce i utrzymania sie na niej, co do latwych nie nalezalo. Jednakze po kilku probach udalo sie Mateuszowi stanac i przesurfingowac na fali przez parenascie metrow, przez co pozniej chodzil ogromnie zadowolony i dumny jak paw.
Kolejnym po Limie i ostatnim w Peru miejscem na naszej wyprawowej mapie byla Cajamarca. Pojechalismy tam tylko po to, aby obejrzec inkaskie groby wyryte w skale o troche mylacej nazwie “Ventanillas de Otuzco”. Rzeczywiscie troche te dziury skalne przypominaja male okienka, ale zostaly wydrazone po to, by chowac w nich zmarlych, o czym swiadczyly wykopaliska archeologiczne, w trakcie ktorych odnaleziono wiele zmumifikowanych szczatkow.
Z Cajamarci udalismy sie juz do granicy i “hop-siup” znalezlismy sie w Ekwadorze. Pierwszym miasteczkiem, ktore postanowilismy odwiedzic byla Cuenca – uznawana przez ekwadorczykow za kolonialna perelke ich kraju. Rzeczywiscie po przyzywczajeniu sie do niezbyt pieknych zabudowan Boliwii i Peru, ktore zwykle bardziej straszyly niz cieszyly oko, Cuenca byla dla nas dosyc mila odmiana. Ponadto od razu odkrylismy kilka roznic w zachowaniu mieszkancow – nikt nie trabil na ulicy tak, jak to mialo miejsce w Peru i Boliwii, nikt nie wydzieral sie chcac zachecic przechodniow do kupna czegokolwiek w jego sklepiku czy bazarze tak, jak to mialo miejsce w wyzej wymienionych krajach, nikt nie mial tradycyjnych strojow i nie mial silnie zarysowanych indianskich cech urody tak, jak…no wiecie. Reasumujac – Ekwador przywital nas spokojem, cisza i przyjazna atmosfera i taki klimat spoleczny nie opuszcza nas przez caly nasz pobyt w tym kraju.
Po Cuence przyszedl czas na nadmorskie Puerto Lopez. Tu poczulismy troche poludniowo-amerykanskich tropikow – slonce grzalo nas caly czas, a temperatura nie spadala ponizej 25 stopni… Moglismy poplywac troche w cieplej wodzie oceanu i nabrac troche rumiencow od opalajacego sloneczka. A poza tym wybralismy sie na eksloracje tutejszego Parku Narodowego Machalilla – pierwszego dnia spacerowalismy po plazy Los Frailes podziwiajac pelikany i fregaty latajace nad naszymi glowami oraz mnostwo krabikow biegajacych pod stopami, a dnia nastepnego wybralismy sie na krotka wycieczke na Isla de la Plata. Juz sam rejs do wyspy byl pelen wrazen – co i rusz wokol nas pojawialy sie wielkie wieloryby, ktore co jakis czas wyskakiwaly z wody lub prezyly swoja pletwe ogonowa. Na wyspie zrobilismy sobie spacer szlakiem Escalera, gdzie moglismy podziwiac rozne rodzaje dziwnych ptakow – Niebieskonogie Gluptaki, Fregaty z napompowanym czerwonym brzuszkiem bedacym znakiem, ze nadszedl czas godow, czy Piquero de Nazca z dlugim i lekkim niczym woalka ogonem. Po uciechach ladowych znow nadszedl czas na te wodne i jeszcze przed powrotem na staly lad mielismy okazje posnorkelingowac i obejrzec tutejsza kolorowa rafe. Nie byl to jednak koniec emocji na ten dzien – w drodze powrotnej zepsul sie w naszej lodce jeden z silnikow, przez co tempo plyniecia spadlo o polowe. Mielismy wykupiony bilet autobusowy w dalsza droge i wlekac sie po oceanie z taka szybkoscia bylo pewne, ze nie zdazymy. Na szczescie za nami plynela jeszcze jedna lodka i po dokonaniu szybkiego abordazu – przeskoczeniu na poklad drugiej lodki – udalo sie nam zdazyc na czas i bez problemow pojechac wykupionym przez nas wczesniej autobusem.
I tak dotarlismy do Baños. Spokojna miescinka w otoczeniu gor, rzek, z wieloma wodospadami w okolicy i szlakami do maszerowania byla dla nas fantastycznym miejscem do naladowaniu akumulatorkow, w ktorych baterie powoli zaczynaly sie wyczerpywac. Glowna atrakcja Baños jest czynny i bardzo aktywny wulkan Tungurahua, ktory caly czas wypluwa z siebie smugi gestego dymu, a od czasu do czasu takze i zloto-czerwona magme, co jest – ponoc – zupelnie normalne I uznawane przez miejscowych za dobra atrakcje turystyczna. Niestety nam nie udalo sie zobaczyc ani dymu, ani magmy. Mielismy trzy podejscia – pieszo (wybralismy sie na kilkugodzinna przechadzke jednym z lesnych szlakow), konno (wypozyczylismy rumaki i prowdzeni przez przewodnika objezdzalismy pobliskie wodospady, dolinki i punkty obserwacyjne, a od czasu do czasu puszczalismy sie galopem przez droge) oraz quadem (ktory po kwadransie, kiedy juz dotarlismy tam gdzie chcielismy, odmowil nam posluszenstwa i musielismy do centrum wracac zaplacona przez wypozyczalnie quadow taksowka). Za kazdym razem wulkan byl – mniej lub bardziej – zasloniety przez chmury. Uznalismy ze zostawanie w tym samym miejscu przez kolejne dni tylko po to, by zobaczyc troche dymu, mija sie z celem I ruszylismy dalej. Myslelismy o tym, by udac sie do PN Cotopaxi i ogladnac tutejszy – drugi co do wielkosci w Ekwadorze –wulkan, ale zarzucilismy ten pomysl. Wyszlo nam to na dobre, gdyz jadac do Quito moglismy po drodze zobaczyc, ze cale Cotopaxi zakryte jest wielka, szara chmura i ogolnie nic nie widac.
Tak wiec znalezlismy sie w Quito. Wczoraj zrobilismy sobie przechadzke po starym miescie, ktore jest na prawde ladne i dosyc spokojne, jak na stoleczne miasto. Dzis natomiast wybralismy sie do Mitad del Mundo, gdzie wesolo moglismy przeskakiwac z polkuli poludniowej na polnocna I z powrotem. Bylismy bowiem na rowniku!!! W miejscowym centrum “pseudoeksperymentalnym” moglismy troche pobawic sie w badaczy i poeksperymentowac troche z fizycznymi silami dzialajacymi na szerokosci geograficznej 0. Stawialismy jajka na gwodziu tak, by staly nan w rownowadze, czy tez patrzylismy jak woda splywa na rowniku, na poludniu i polnocy. W skrocie – niezla zabawa. Po powrocie ze Srodka Swiata wybralismy sie jeszcze do Palacu Prezydenckiego i akurat udalo sie nam zalapac na wejscie do srodka. Szybkie zobaczenie prezydenckich salonow,a potem zmiany warty i wojska cwiczacego marsz bylo przyjemna rozrywka w kolejne deszczowe popoludnie.
Tak powoli konczy sie nasza podroz po Ekwadorze. Jutro lub pojutrze ruszamy juz do Kolumbii. Czas nagli – zostal juz 1 miesiac do konca naszej wyprawy, a tu jeszcze dwa kraje do zobaczenia:)
Zapraszamy oczywiscie do naszej galerii - pojawila sie nowa porcja zdjec:) tadam! : http://picasaweb.google.com/www.podrozmarzen.net/LimaCajamarcaIEkwador#

…Podróż Marzeń…










Lipiec 18th, 2010 at 8:32
o je je jaki piękny głuptak! :)) tempo rośnie na finiszu, ale nie traćcie czujności, uważajcie na siebie i wracajcie do nas cali :))