Boliwijski zgielk
Czerwiec 9th, 2010 — adminLa Paz okazalo sie byc nie tylko miastem wielkiego chaosu i braku ucywilizowania, ale takze miastem zacofanym technicznie, gdyz naszego komputera nie udalo sie nam naprawic. Pomimo zapewnien Boliwijczyka w serwisie, ze na pewno uda mu sie doprowadzic nasz laptop do stanu uzywalnosci, teraz nadal nie mozemy z niego korzystac… Zatem zdjec nie zobaczycie jeszcze dlugo, gdyz najblizszy serwis Fujitsu jest dopiero w Bogocie w Kolumbii. Przypuszczalnie az do tego czasu nie uda sie nam nic zrobic, co zapewne zasmuca was, a nas doprowadza do bialej goraczki i pewnej bezradnosci w tym zakresie…
Mimo wszystko napiszemy pokrotce co u nas. Zatem ostatnio pisalismy do was z Potosi. Tam, w najwyzej polozonym miescie Boliwii, wybralismy sie do kopalni srebra i zrobilismy kilka krotkich wycieczek po miescie. Aklimatyzacja do nowych warunkow wysokosciowych nie byla latwa - mala zawartosc tlenu na wysokosci powyzej 4 tysiecy metrow n.p.m. powodowala u nas zadyszke przy kazdej najmniejszej aktywnosci. Ale dawalismy sobie rade i nawet wejscie do kopalni, gdzie panuja okropne warunki, mozemy zaliczyc do udanych.
Do nadal czynnej kopalni srebra udalismy sie z wycieczka prowadzana przez bylego gornika. Znal wiec on kazdy zakamarek tego miejsca, tutejsze zwyczaje i warunki, o ktorych opowiadal nam z wielka pasja. Dostalismy kaski, lampki i ochronne ubranie i ruszylismy. Na poczatek targ gornikow - tam musielismy kupic kilka prezentow dla pracujacych (m.in. liscie koki, wodke i papierosy), bo takie panuja zwyczaje. Potem pod ziemia obdarowywalismy (troche z przymusu) napotykanych przy pracy gornikow. A pracuja oni w warunkach przypominajacych europejskie z XVIII czy XIX wieku. Ludzie pracuja w koszmarnych warunkach po 8 godzin dziennie, rozwalajac sciany dynamitami (ktore sa dostepne na kazdym rogu w miescie), przenoszac wszystko na powierzchnie recznie, majac za swoj sprzet jedynie kask z lampka i liscie koki w policzku. Pod ziemia spedzilismy jakies 2, czy 3 godziny, przeciskujac sie przez zapylone, duszne, malenkie korytarze, ktore pozbawione sa jakichkolwiek zabezpieczen. Mateusz nawet pomogl pchac wozek z urobkiem przez jeden z korytarzy, co podobno zbyt latwe nie bylo… Odpalilismy takze swoj dynamit przechodzac wczesniej szybka, uproszczona lekcje jak to zrobic. Na koniec odwiedzilismy kilka diablow. Diabel bowiem jest dla tutejszych gornikow bostwem, ktoremu oddaja ofiary z lisci koki, wodki i papierosow, co ma niby przynosic im pomyslnosc pod ziemia. W ciasnym korytarzyku nasz przewodnik pokazywal nam wszelkie rytualne czynnosci, jakie przy glinianych posagach diablow, wykonuje kazdy gornik (m.in. odpalil papierosa kazdemu z posagow i sobie, oblal kazdy posag wodka i sam sie rowniez kilkakrotnie napil i obsypal oba posazki lismi koki). Bylo dziko - tak mozemy podsumowac te eskapade. Wyjscie do tej kopalni jest czyms, czego warto doswiadczyc, ale raczej nigdy sie tam nie wraca…
W Potosi obejrzelismy rowniez od srodka klasztor Santa Teresa oraz mennice miejska Casa de Moneda. Oba miejsca musielismy, niestety, ogladac z przewodnikiem przez co zabralo nam to bardzo duzo czasu (jak wiadomo przewodnicy lubia byc rozwlekli i nawet o najmniejszej, nawet nieistotnej rzeczy moga mowic godzinami). Z Potosi udalismy sie dalej do La Paz. A tu zaczela sie zupelnie inna bajka.
Chaos, tlum, nieporzadek, wszechobecne krzyki i calkowity brak jakichkolwiek zachowan cechujacych cywilizowanego czlowieka - takie jest w skrocie La Paz. Nie maja tu np. autobusow tylko takie wieksze busiki, ktore sa prywatna wlasnoscia kierowcow. Kazdy ma numer i wypisane miejsca, gdzie jedzie. Mimo to w kazdym z takich busow jest ktos, kto stoi w otwartych drzwiach i wykrzykuje gdzie ten pojazd sie udaje i za jaka cena mozna nim pojechac. W ten sposob nawoluja ludzi z ulicy (w koncu im wiecej pasazerow zabierze kierowca, tym wiekszy dla niego zarobek). Najgorszy w tym wszystkim jest fakt, ze w La Paz chyba tylko te busiki jezdza po ulicach. Na kazdym kroku przejezdza szereg takich busow i z kazdego ktos sie wydziera na cala ulice. Do tego miasto wyglada jak jeden wielki bazar. Nie ma ulicy, zeby nie znalezc przynajmniej dziesieciu (a zwykle duzo wiecej) straganow ze wszystkim, co mozna sobie tylko zazyczyc – od ubran, po srubki. Oczywisie kazdy nawoluje potencjalnych klientow-przechodniow do siebie, zatem w La Paz jest gwarno jak w ulu. Co wiecej jak jakis pojazd przejezdza przez skrzyzowanie z inna droga to trabi. Nie jest tu przyjete, ze sie zwalnia,tylko jadac z pelna predkoscia przejezdza sie przez skrzyzowanie oznajmiajac przeciaglym trabnieciem, ze sie jedzie. A jesli chodzi o jakiekolwiek atrakcje turystyczne, to poza Targiem Czarownic, gdzie mozna sobie kupic zasuszoneg plody lamy, to nie ma nic ciekawego i wartego uwagi…
W takich warunkach przyszlo nam spedzic ostatnie 5 dni, oczekujac na laptop, ktory i tak nie zostal naprawiony…Na szczescie ile moglismy, tyle czasu spedzalismy poza granicami miasta. Najpierw wyruszylismy na rowerowa eskapade po lokalnej Drodze Smierci. Bez przesady nazwano te droge w ten wlasnie sposob. Jest ona bardzo cienka i kreta, a o spadniecie w dol nie trudno. Ale taka adrenaline ma sie raczej tylko jadac rowerem – samochodem juz nie ma tego dreszczyku emocji (i takze mozemy stwierdzic, iz wiele drog w Nowej Zelandii bylo dokladnie takich samych). Rowerem latwo o wywrocenie sie, jak to zrobil jeden chlopak z naszej grupy, poslizgniecie czy cokolwiek innego. Po drodze stoi wiele krzyzy upamietniajacych tych, ktorzy stracili tu zycie. Nam sie udalo bez jakichkolwiek przykrych przygod przejechac przez cala te 65-kilometrowa, malownicza trase. Po drodze musielismy pokonywac rzeki i przejezdzac pod niewielkimi wodospadami. Bylo super. Na koniec czekal na nas obiad w malej gospodzie z basenem (nazywana szumnie przez agencje turystyczna Hotelem z basenem)…
Kolejnego dnia wyruszylismy 72 kilometry poza obreb La Paz do wioski Tihuanaku, gdzie sa ruiny preinkaskich swiatyn. Mielismy bardzo wyedukowanego przewodnika, ktory widac lubi to, czym sie zajmuje. Dzieki temu moglismy uzyskac bardzo interesujace informacje na temat ludow , ktore tu niegdys mieszkaly, ich zwyczajow, tradycji i oczywiscie samych ruin i zachowanych tam posagow. Mamy stamtad ladne zdjecia, ale coz z tego, skoro nie mozecie ich zobaczyc ;(:(
Wczoraj natomiast wyszlismy najwyzej w swoim zyciu – na wysokosc ponad 5 400 mnpm, na lokalna gore Chacaltaya. Niegdys miescil sie tu najwyzej polozony stok narciarski, ale juz go nie ma, gdyz tutejszy lodowiec stopil sie jakies 5 lat temu, pozbawiajac mieszkancow La Paz narciarskiej rozrywki w tym rejonie. Widok z gory byl fantastyczny – kolorowe jeziorka, wokol gory i pagorki, a chmury byly bardzo blisko nas. Oddychalo sie tam ciezko, ale i tak bylo warto sie troche pomeczyc. Pozniej pojechalismy do Doliny Ksiezycowej zlokalizowanej 20 minut od centrum miasta. Wiatr i deszcz utowrzyly w tym rejonie ciekawe formacje z piaskowca i blota, ktore komus przypominaly powierzchnie ksiezyca (choc my sie z tym raczej nie zgadzamy). Pomiedzy blotnymi wypustkami i wklesnieciami rosna roznego rodzaju kaktusy, a wsrod nich mozna wypatrzec Viracoche, czyli podobne do kroliko-szynszyla zwierzaczki pomieszkujace teren Ksiezycowej Doliny.
A dzis nie robilismy nic, zbierajac sily na dalsza podroz. Jutro wyruszamy na pampe i do dzunglii. Czeka nas malo komfortowa 20-godzinna podroz malym, niewygodnym busikiem z bagazami na dachu, ktory ma nas dowiezc do Rurrenabaque. A pozniej opuszczamy juz Bolwie i ruszamy na podboj Peru.

…Podróż MarzeÅ„…










Czerwiec 12th, 2010 at 9:42
My chcemy zdjec:P Szerokiej drogi boliwijskim terenie!
Czerwiec 13th, 2010 at 5:18
Najlepsze życzenia dla Ani :*
Nie martwcie się komputerem, już niedługo pokarzecie nam zdjęcia osobiście :))
Czerwiec 13th, 2010 at 5:21
Ania najlepsze życzenia urodzinowe z Krakowa
szerokiej drogi
Czerwiec 14th, 2010 at 9:18
Aniu droga, wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, żeby każde kolejne były tak wyjątkowe, egzotyczne i wspaniałe jak spodziewam się, że były te
sto lat w zdrowiu i szczęściu, buźka!
Czerwiec 19th, 2010 at 17:43
Siema!
Kurde, aż tyłek zaczyna swędzieć, jak to czytamy i wracają wspomnienia! Dobrze, że nie zaliczyliście gleby na drodze śmierci. A basen na koniec był? Pozdrawiamy serdecznie!