Argentyna - odsłona ostatnia
Maj 27th, 2010 — adminSpędzamy właśnie swoje ostatnie godziny na argentyńskiej ziemi. Już jutro, o strasznej godzinie 6.45 rano wybieramy się do San Pedro de Atacama w Chile, tym samym żegnając się z krajem, w którym spędziliśmy ponad miesiąc.
Ostatnie dni przyniosły nam dużo nowych doświadczeń i nieznanych nam dotąd krajobrazów pełnych kaktusów, gór i pustyń. Ale po kolei. Pisaliśmy do was ostatnio z Mendozy w przeddzień naszej wycieczki po przełęczy La Cumbre. Na szczęście tym razem przyjechał po nas busik i mogliśmy spokojnie brać udział w malowniczej wycieczce między kordylierami Andów, jeziorami i wąwozami. W trakcie całodniowej 300kilometrowej trasy mieliśmy okazję nie tylko oglądać widoki po drodze, ale też kilkakrotnie zatrzymywaliśmy się w bardziej interesujących punktach. I tak na przykład odwiedziliśmy jezioro Porterillos, małą mieścinkę Uspallata ukrytą w wysokich górach, kamienny mostek zbudowany przez gauchów czy też inkaski most oraz Park Narodowy Cerro Aconcagua. Dwa ostatnie punkty były raczej tymi „kulminacyjnymi”. Było pięknie. Puente del Inca – pełen złoto-brązowo-białych kolorów będących skutkiem oddziaływania na to miejsce wód termalnych bogatych w różne pierwiastki chemiczne (jak w nowozelandzkiej Rotorua) – niestety nie był (tak jak się początkowo spodziewaliśmy) jakąś pozostałością po tej prekolumbijskiej kulturze. Choć pod naturalnym, kamiennym mostem (wydrążonym w skale przez rzekę) umieszczony jest kamienny budynek, to Inkowie nie mieli z nim nic wspólnego. Jest to po prostu pozostałość po hotelu ze spa, który pazerni Argentyńczycy postanowili sobie tu zbudować, chcąc przyciągnąć turystów do tutejszych wód termalnych. Obecnie kompleks hotelowo-basenowy jest zamknięty, gdyż z hotelu została tylko kupa kamieni po tym jak parę lat temu z Andów zeszła tędy spora lawina. Mimo pierwszego rozczarowania brakiem powiązań z inkaską kulturą, miejsce to było warte przyjechania. Kolory wspaniale mieniły się w słonecznych promieniach, a otoczenie gór dodawało uroku.
W PN Aconcagua zrobiliśmy sobie krótki, godzinny trekking pomiędzy polodowcowymi lagunami. Wprawdzie nie podeszliśmy pod samą – liczącą sobie prawie 7 tysięcy metrów n.p.m. – górę od której swą nazwę ma cały park, ale i tak była ona widoczna z każdego punktu. Wielka, ośnieżona, niesymetryczna Aconcagua góruje nad okolicą, a my mieliśmy to szczęście, że żadna chmurka nie przysłoniła nam jej widoku.
Wróciwszy z wycieczki po przełęczy La Cumbre, nie traciliśmy zbyt wiele czasu, gdyż już dwie godziny później (po uprzednim napełnieniu żołądków pizzą, która smakowała raczej jak kanapka podgrzewana) byliśmy w autobusie jadącym na północ, do miasta Tucuman. Jazda tam zajęła nam 16 godzin, ale mimo zmęczenia dodaliśmy sobie jeszcze 2 godzinki i zamiast zostawać w Tucuman (w którym tak naprawdę nie ma zbyt wielu miejsc godnych odwiedzenia), pojechaliśmy do małego Taffi del Valle. Tu bowiem kolejnego dnia odwiedziliśmy Park Menhirów. Brzmi nieźle – dlatego chcieliśmy je zobaczyć. Menhiry – kamienie mające znaczenie mistyczne dla wielu indiańskich kultur – oraz święte kręgi kojarzą się zwykle z czymś niecodziennym i wyjątkowym. Pójście do tego parku zmieniło nasze poglądy na ten temat – był to zbiór zwykłych pionowych głazów poukładanych bezładnie na małym powierzchniowo poletku trawy. Nie było to miejsce pierwotnego pochodzenia tych kamieni (co było najbardziej rozczarowujące), lecz zostały one tu sprowadzone z różnych rejonów kraju. Jedynie trzy z nich miały jakikolwiek wydłubany znak, reszta – zupełnie nic. Kamień jak kamień. Być może gdyby ów park był oryginalnie stworzony przez Indian nasz odbiór byłby inny. A tak to pozostał pewien niedosyt.
Tego samego dnia ruszyliśmy dalej. Chcieliśmy pojechać do Quilmes, gdzie ulokowane są ruiny Indiańskiego miasta warownego. Na szczęście (o czym przekonaliśmy się dopiero później) ktoś nam powiedział, żebyśmy pojechali do niewielkiej wioski Amaicha i dopiero stamtąd wybrali się nazajutrz do ruin. Tak też zrobiliśmy. W Amaichy nie było zupełnie nic, poza ludźmi świętującymi na głównym placyku 200-lecie niepodległej Argentyny (mimo niewielkich rozmiarów tego puebla dużo mieszkańców mówiło po angielsku, co było dla nas niemałym zaskoczeniem). Ale za to w Quilmes były 2 domy na krzyż i ruiny. Żadnego hostelu, hotelu, czegokolwiek. Zatem ktoś nad nami czuwa, byśmy nie popełniali błędów ![]()
Ruiny Quilmes są najważniejszym zabytkiem kultury Indian (Quilmes to nazwa plemienia indiańskiego zasiedlającego te tereny i od nich swą nazwę wzięła ta niewielka wioseczka. W Argentynie popularny jest także browar Quilmes, ale nie pochodzi on stąd). Ruiny po mieście z ok. 1000 roku są całkiem nieźle zachowane, dzięki toczącym się tutaj cały czas pracom renowacyjnym (z tego też powodu wszystko jest tutaj równe jak od linijki, co troszkę zaburza obraz, jaki pojawia się po usłyszeniu słowa „ruiny”. Nie ma tutaj walących się budynków, ani wielkiego kopczyka kamieni. Każda ściana niegdysiejszego budynku, czy fortu jest prosta, równiutka i zadbana). Kiedyś mieszkało tu około 5 tysięcy Indian, którzy dzięki dobrej lokalizacji na zboczu góry mogli dosyć łatwo odpierać ataki nieprzyjaciół. Wygrali z najazdem Inków, lecz nie udała się ta sztuczka z kolonialistami hiszpańskimi. Hiszpanie postanowili przesiedlić tych mieszkańców Quilmes, którzy przeżyli ich atak (tj. jakieś 2 tysiące osób) do miasta o tej samej nazwie (Quilmes) w prowincji Buenos Aires. Droga była daleka, a Indianie mieli ją pokonać pieszo. Wielu z nich nie przeżyło trudów takiego marszu. Z 2 tysięcy ludzi do Buenos dotarło 500 (z których nikt nie potrafił się dostosować i zaklimatyzować do nowych warunków środowiskowo-społecznych. Ostatni członek plemienia zmarł na początku XIX w.).
Przespacerowaliśmy się na szczyt warownej góry, z której nie tylko mogliśmy oglądać kamienne zabudowania fortyfikacji (a raczej to, co po niej pozostało), ale także roztaczający się wokół krajobraz pełen wielkich kaktusów i innych kolczastych roślin. Było to dla nas coś zupełnie nowego. Pięknego.
Z ruin do głównej drogi musieliśmy przebyć 5 kilometrów po szutrowej dróżce. Nie było to zbyt trudne i do celu dotarliśmy na długo przed tym, jak miał przyjechać autobus jadący do Cafayate. Mając ponad dwie godziny czekania postanowiliśmy…złapać swój pierwszy amerykański autostop. Choć nie była to droga zbyt uczęszczana, czekaliśmy jedynie 5 minut i zabrał nas Latynos jadący do Salty na targ warzywny. Dobrze się złożyło, gdyż właśnie do Salty chcieliśmy dotrzeć (Cafayate było jedynie miasteczkiem dla nas przejazdowym, gdzie chcieliśmy złapać autobus dalej). Jedyny, „niewielki” problem, był taki, że nasz kierowca nie mówił ani słowa po angielsku. Nie rozumiał nawet tak podstawowych słów, jak „yes” i „no”. Zatem pozostała nam konwersacja jedynie w języku hiszpańskim, co do najłatwiejszych nie należało, ale ostatecznie – musimy się pochwalić – wyszło całkiem nieźle. Udało się nam całkiem sporo porozmawiać, a przy okazji oglądaliśmy ładne widoki za przednią szybą (przejeżdżaliśmy bowiem przez wąwóz w pobliżu Cafayate, który mienił się niesamowicie wyraźnymi kolorami, a do tego wiele ze skał przyjmowało ciekawe kształty przypominające żaby, mnichów, obeliski, tonącego Titanica, czy różne inne rzeczy w zależności od wyobraźni).
Teraz jesteśmy więc w Salcie. Chcieliśmy przejechać się tutejszym pociągiem „Tren de las Nubes”, który w 15 godzin objeżdża widokową trasę z Salty ku granicy z prowincją Jujuy, przejeżdżając przez wąwozy, solne pustynie itd. Niestety cena, jaką sobie życzą za tę rozrywkę powaliła nas na kolana (120 USD bez posiłków od osoby) i zrezygnowaliśmy bardzo szybciutko. Pozostało nam więc zwiedzenie miasteczka, które – jak twierdzą przewodniki – uchodzi za ładne, snobistyczne miasteczko z bogatą zabudową kolonialną. Co do pierwszego – naprawdę ładne są tylko niektóre budynki (w szczególności związane z kościołem, jak Pałac Arcybiskupi, Bazylika, czy Kościół św. Franciszka – wszystkie trzy są niesamowicie dekorowane, kolorowe i wprost aż niemoralnie opływające przepychem). Reszta miasta jest raczej szara, blada i niezbyt oryginalna. Snobów też tu raczej żadnych nie widzieliśmy. Ot, niczym nie wyróżniający się ludzie maszerują sobie po niczym nie wyróżniającym się miasteczku (a raczej mieście, bo Salta jest duża). W jeziorku w parku San Martin pływają sobie stadka kaczek i innych dosyć dziwnych wodnych ptaków, a chętni na obejrzenie miasta z lotu ptaka mogą wjechać na szczyt Cerro San Bernardo. Jest tu sporo muzeów, z których my odwiedziliśmy dwa – Museo de la Ciudad oraz Museo de Arqueologia de Alta Montana. W pierwszym znajduje się niewielki zbiór obrazów lokalnych artystów oraz przeróżności związane z miastem, jego strukturą, populacją, świętami i ogólnie wszystkim. Taki Misz-masz. W Muzeum Archeologicznym natomiast główną atrakcję stanowią…mumie trójki dzieci, odnalezionych na wulkanie Llullaillaco w prowincji Salta. Wszystkie te dzieci były zamrożone i w takim stanie (po zbadaniu przez naukowców) zostały przetransportowane do muzeum i teraz w specjalnej kopule są pokazywane ciekawskim turystom. Niestety na widok publiczny jest wystawiana tylko jedna mumia na raz (a reszta czeka na swoją kolej w następnym miesiącu). My mieliśmy okazję zobaczyć mumię chłopca. W sumie to wyglądał bardziej jak lalka niż mumia. W ogóle naszym zdaniem powinni całą trójkę dzieci rozmrozić, a nuż, jak w „Seksmisji” wrócą do życia po czasowej hibernacji ![]()
Tak, w skrócie, minęło nam ostatnich 5 dni w Argentynie. Jutro ruszamy w dalszą drogę. Mamy nadzieję, że w miejscach, które chcemy odwiedzić w najbliższym czasie (szczególnie w Boliwii), będzie jako taki dostęp do internetu tak, abyśmy mogli się z wami podzielić naszymi wrażeniami. Jeśli jednak nie – będziecie musieli uzbroić się w cierpliwość. Kiedyś na pewno napiszemy :):)

…Podróż Marzeń…









