Krótki wypad do Chile
Maj 22nd, 2010 — adminJak planowaliśmy tak też zrobiliśmy i ostatnie dni spędziliśmy po chilijskiej stronie kontynentu. A naszą wędrówkę rozpoczęliśmy od stolicy – Santiago de Chile.
Mimo swojego ogromu i pięciomilionowej populacji, Santiago nie przytłacza i musimy przyznać, że jak do tej pory jest chyba najbardziej „europejskim” miastem w Ameryce Południowej jakie udało się nam odwiedzić. Wiele w nim pięknych, historycznych budynków, pomników oraz parków, a ludzie wokół są mili i sympatyczni. Szczególnie Cristian i Carolina – nasi couchsurfingowi gospodarze, z którymi mieliśmy niesamowitą przyjemność mieszkać przez trzy dni, zwiedzać miasto i trochę imprezować. Ale o tym za chwilę.
Przechadzając się po mieście można dostrzec tu i ówdzie zniszczenia po wstrząsach wtórnych wynikłych z wybuchu wulkanu w Concepcion kilka miesięcy temu. Niektóre budynki mają jedynie kilka mniejszych pęknięć, inne się zawaliły, choć i tak duża większość pozostała nietknięta. Wiele bardziej „naturalnych” atrakcji miejskich – jak wzgórza Santa Lucia i San Cristobal – obsunęły się w kilku miejscach tak, że dostęp do nich został zamknięty dla turystów. Ale na szczęście nie całkowicie, dzięki czemu zarówno na jedną, jak i drugą górkę mogliśmy się wspiąć. Santa Lucia jest zbiorem parków, z fontannami, małymi placykami, ławkami i betonowymi kozetkami, po środku których – na samym szczycie – mieści się stary klasztor służący także niegdyś jako fort obronny. Z jego wieży roztacza się panoramiczny widok na Santiago i okalające go ze wszystkich stron góry i wulkany. Niestety o tej porze roku większość miasta osnuta jest gęstym smogiem, który w wysokim stopniu zaburza widoczność. Szczególnie zauważyliśmy to po wjechaniu zabawnym wagonikiem na szczyt Cerro San Cristobal – jedynie kilka pierwszych rzędów pobliskich bloków było widocznych bez problemów, a każdy następny niknął coraz bardziej w miejskiej mgle.
Pierwszego dnia, tuż po przyjechaniu do Santiago podreptaliśmy sobie do Muzeum Sztuki Prekolumbijskiej, w którym zebrano całkiem sporą ekspozycję dzieł ludów „starożytnej” Ameryki. Spędziliśmy tam dłuższą chwilę, po czym przedreptaliśmy dosyć pusty plac Plaza de Armas i udaliśmy się metrem do Cristiana. Nigdzie nie było tłoczno, ludzie leniwie przemieszczali się przez ulice. To wszystko dlatego, że było niedzielne popołudnie – w dzień powszedni jest zupełnie inaczej.
W domu Cristiana zaklimatyzowaliśmy się dosyć szybko, już od początku nawiązaliśmy dobry kontakt z jego gospodarzem i Caroliną – dziewczyną Cristiana. Obejrzeliśmy fragment towarzyskiego meczu między Chile a Meksykiem (przygotowującego obie drużyny do Mistrzostw Świata. Komentatorzy spotkania byli nad wyraz podekscytowani i każdą bramkę okrzykiwali głośno „goooooooooooooooooooooooooooooooollllllllll” przez kolejną minutę. Nigdy w życiu nie słyszeliśmy takiego ożywienia u komentatorów, jakie prezentują tutaj w Ameryce. Szpakowski wymięka), po czym poszliśmy na wieczorny spacer po mieście. Na początek Cristian i Carolina zabrali nas do budynku starego dworca Mapocho, a później do parku Forestal. Oba miejsca były dosyć osobliwe. Nie tyle ze względu na wygląd, ale na to, co się w nich działo. Przed dworcem (w którym odbywały się właśnie targi Szkół Wyższych z całego świata – chodź tak naprawdę nie całego, bo nikogo z Polski nie było) grupa teatralna wystawiała niemą, dosyć dziwną i niezrozumiałą sztukę. W parku natomiast odbywał się koncert, którego celem było wsparcie projektu zalegalizowania marihuany. Na scenie prawdziwi rastafarianie nawoływali ludzi do zabawy, z głośników płynęła muzyka (szczególnie Boba Marley’a), a zebrana młodzież zbierała się w grupki pijąc „napoje alkoholowe” i paląc „bliżej-nie-opisane-substancje”. Przeszliśmy przez ten Forestal Parque dosyć żwawo obserwując otoczenie. Było zabawnie. Na koniec Cristian zaproponował pójść gdzieś na kawę i ciacho i jakoś tak spacerując ulicami dotarliśmy do swojsko brzmiącej kawiarni o nazwie „Melinka” (która z naszą „meliną” miała mało wspólnego:):)).
Kolejnego dnia ruszyliśmy na przechadzkę po centrum. Plaza de Armas- w niedzielę obumarłe – teraz tętniło życiem. Wśród wielu ulicznych malarzy, sprzedawców i zwykłych przechodniów można było odnaleźć ciekawe scenki społeczne. Na ten przykład – weszliśmy pod arkady tuż przy placu, aby kupić sobie hot-doga (który z naszym, poza parówką, ma niewiele wspólnego – można tu kupić hot-doga z awokado, czy górą pomidorów), a tam…szczurek. Duże miasto, to i szczury są. Tyle, że obecni pod arkadami ludzie chyba postanowili zagrać sobie tym szczurem w piłkę nożną i przekopywali go z jednego końca korytarza na drugi…Inna scena: mężczyzna z Biblią w dłoni, prawdopodobne przekazujący ludziom Słowo Boże (prawdopodobnie, bo niewiele z tego rozumieliśmy…ale jego wzniosły, podekscytowany ton o tym świadczył) nagle….oberwał parasolką przez plecy od bezdomnej kobiety przysłuchującej się temu, co mówi. Czemu? Nie wiemy. Ale było to zabawne. Później w obieg poszła jeszcze szklana butelka (na szczęście nie osiągając celu). A podobno Chilijczycy są spokojnym narodem :):)
We środę Cristian miał dzień wolny, więc pokazał nam trochę miasta z innej, mniej turystycznej strony. Oglądanie placów, parków i przeróżnej architektonicznie zabudowy dzielnic Santiago nie było jedyną atrakcją tego dnia. Po południu bowiem poszliśmy do stacji telewizyjnej, w której pracuje Carolina. Mogliśmy wziąć udział w jednym z programów rozrywkowych prowadzonych na żywo. A późniejszym wieczorem natomiast Cristian zorganizował grilla i zaprosił kilkoro swoich znajomych. Atmosfera była fantastyczna i godziny mijały nam niepostrzeżenie. Nasz gospodarz okazał się być wspaniałym szefem kuchni i przyrządził nam pyszne mięsko z grilla :):) Do tego uraczono nas narodowym drinkiem chilijskim na bazie lokalnej wódki Pisco. Ogólnie – było super.
Niestety dnia następnego musieliśmy wstać wcześnie rano, by ruszać w dalszą drogę. Pożegnaliśmy więc Cristiana (którego mamy nadzieję zobaczyć wraz z Caroliną niedługo w Krakowie) i podążyliśmy w drogę ku Vina del Mar, znajdującego się na chilijskim wybrzeżu, niecałe 2 godziny drogi od stolicy. Tu na stacji autobusów czekał już na nas Garbriel – kolejny couchsurfer, który postanowił przygarnąć do siebie parę wędrowców. Po krótkim odsapnięciu po podróży, udaliśmy się od razu do miasta. Trzeba przyznać, że Vina „ani nie ziębi, ani nie grzeje”. Jest to spore miasto z wieloma willami i zameczkami, jednakże poza nimi niewiele jest tu do zobaczenia. Przeszliśmy się więc parkiem, obejrzeliśmy wszystkie rezydencje w centrum, a na koniec dnia przemierzyliśmy Cerro Castillo, na którym ulokowana jest – obok wielu innych – letnia rezydencja prezydentów Chile. Jednak bardziej od niej zachwyciły nas ogromne pelikany, które maja swoją kolonię tuz przy plaży przy wzgórzu.
Dnia kolejnego Gabriel pojechał wraz z nami do pobliskiego Valparaiso, które również – wespół z Vina del Mar – uznawane jest za miejsce weekendowych wypadów mieszkańców Santiago. Valparaiso jest dosyć oryginalnym miasteczkiem ze względu na… graffiti. Jest ono wszędzie. A do tego jest ładne i estetyczne. Całe Valparaiso wygląda jak jedno wielkie dzieło sztuki nowoczesnej. Do tego wiele kolorowych domków (podobnych do tych z La Boca w Buenos Aires) nadaje specyficzny charakter całemu miastu. Gabriel zna Valparaiso dosyć dobrze, więc oprowadzi nas po miejscach, do których sami byśmy zapewne nie trafili. Wszędzie towarzyszyły nam ścienne malowidła. Wjechaliśmy dwa razy historycznymi kolejkami (dosyć wiekowymi i chyba nigdy nie odnawianymi, gdyż wszystko w nich trzeszczało, stukało i chrobotało) na dwa z wielu wzgórz miasta, skąd mogliśmy obejrzeć niemalże z lotu ptaka wielobarwność Valparaiso.
A wczoraj znów z samego rana wsiedliśmy w autobus i wróciliśmy na teren Argentyny. Łatwo nie było. Trafiliśmy na okres, kiedy zarówno Chilijczycy, jak i Argentyńczycy mają swoje święta narodowe (konkretnie 200-lecie powstania obu krajów), więc na granicy panował totalny chaos. Na przeprawienie się przez odprawę musieliśmy czekać ponad dwie godziny. I to nie tylko z powodu tłumów, jakie chciały pojechać za granicę wykorzystując długi weekend, ale też z powodu lenistwa celników. Jednego z nich przyłapaliśmy na oglądaniu głupich filmików na Youtube… Zatem musieliśmy się mocno uzbroić w cierpliwość… Do Mendozy, gdzie jesteśmy obecnie, dojechaliśmy spóźnieni o jedyne 6 godzin od planowanego czasu. Ale dotarliśmy, to się liczy. Pomimo wielkiej rzeszy chilijskich (i nie tylko) turystów przybyłych na wolne dni do Mendozy, udało się nam znaleźć miejsce w hostelu. Dziś mieliśmy się wybrać na wycieczkę po tutejszych winiarniach (gdyż region Mendozy słynie z najlepszych argentyńskich winnic), lecz niestety mają tutaj słabo zorganizowany system i…nie pojechaliśmy. Bo nas nie zarejestrowało. Trochę wściekli musieliśmy przyjąć przeprosiny i nasze pieniądze z powrotem, bo wycieczki już ruszyły a po nas nikt nie przyjechał. Mamy nadzieję, że jutro będzie lepiej – wybieramy się na całodniową eskapadę pod Aconcaguę – najwyższą górę obu Ameryk. Trzymajcie kciuki, żeby tym razem po nas przybyli:)

…Podróż Marzeń…










Maj 23rd, 2010 at 15:41
O czym myślałeś Mateusz “górując nad miastem?:))…piękne zdjęcie:)))
Maj 26th, 2010 at 19:03
przypomniało mi się właśnie jak w końcem sierpnia zeszłego roku Chil wygrało jakiś kluczowy mecz (nie pytajcie jaki bo jestem cienka w te klocki) i WSZYSCY wylegli na ulicę. Akurat główne obchody były tuż koło hotelu, w którym zatrzymała sie nasza narciarska grupa. w życiu nie widziałam takiej fazy i takiej radości! rewelacja! Powodzenia w winiarniach Mendozy! z tamtąd nie wychodzi się…. trzeźwo