<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	>

<channel>
	<title>...Podróż Marzeń...</title>
	<atom:link href="http://podrozmarzen.net/?feed=rss2" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://podrozmarzen.net</link>
	<description>Podróż do okoła świata - Australia, Nowa Zelandia, Brazylia, Argentyna, Chile, Boliwia, Peru, Ekwador, Kolumbia, Wenezuela</description>
	<pubDate>Mon, 30 Aug 2010 19:23:53 +0000</pubDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.7.1</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>WSZYSTKO CO DOBRE, SZYBKO SIĘ KOŃCZY…</title>
		<link>http://podrozmarzen.net/?p=730</link>
		<comments>http://podrozmarzen.net/?p=730#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 30 Aug 2010 19:20:12 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Argentyna]]></category>

		<category><![CDATA[Australia]]></category>

		<category><![CDATA[Boliwia]]></category>

		<category><![CDATA[Brazylia]]></category>

		<category><![CDATA[Chile]]></category>

		<category><![CDATA[Ekwador]]></category>

		<category><![CDATA[Kolumbia]]></category>

		<category><![CDATA[Londyn i Kuala Lumpur]]></category>

		<category><![CDATA[Nowa Zelandia]]></category>

		<category><![CDATA[Peru]]></category>

		<category><![CDATA[Wenezuela]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://podrozmarzen.net/?p=730</guid>
		<description><![CDATA[Powróciliśmy do kraju – cali, zdrowi, zmęczeni, ale niezmiernie szczęśliwi. Burzliwe przywitania, łzy radości ze spotkania bliskich – to towarzyszyło nam w mijającym tygodniu. Chyba jeszcze nie dociera do nas ogrom naszego przedsięwzięcia, które się właśnie skończyło. To przyjdzie z czasem. Podobnie jak ponowna aklimatyzacja w swoim starym środowisku. Dawkujemy sobie jak najwolniej rzeczywistość i [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Powróciliśmy do kraju – cali, zdrowi, zmęczeni, ale niezmiernie szczęśliwi. Burzliwe przywitania, łzy radości ze spotkania bliskich – to towarzyszyło nam w mijającym tygodniu. Chyba jeszcze nie dociera do nas ogrom naszego przedsięwzięcia, które się właśnie skończyło. To przyjdzie z czasem. Podobnie jak ponowna aklimatyzacja w swoim starym środowisku. Dawkujemy sobie jak najwolniej rzeczywistość i realia, do których wróciliśmy. Za miesiąc studia, praca i czar 10-miesięcznej wyprawy zostanie już tylko niesamowitym wspomnieniem, o którym będziemy na pewno opowiadać jeszcze przez długi czas. Czy planujemy kolejną wyprawę? Niewykluczone. Ale na pewno nie w najbliższym czasie…<br />
Chcielibyśmy podziękować tu i teraz wszystkim, którzy odwiedzali nasz blog. Jak widzicie marzenia się spełniają – najlepszym tego przykładem jest zrealizowanie przez nas „podróży marzeń”. Zachęcamy i was do tego, by brnąć do realizacji swych pragnień.<br />
Dziękujemy wszystkim tym, którzy wierzyli w nas i podtrzymywali na duchu w chwilach słabości.<br />
 Dziękujemy naszym rodzinom kibicującym nam w każdym momencie podróży chyba najmocniej ze wszystkich.<br />
Dziękujemy naszym couchsurfingowym gospodarzom: Elmie z Kuala Lumpur, Nicoli z Melbourne, Williamowi z Canberry, Stevenowi z Brisbane, Ming z Darwin, Josie z Melbourne, Barbarze z Auckland, Agustinowi z Buenos Aires, Regisowi z Rio de Janeiro, Renacie i Gutherowi z Sao Paulo, Caio i jego rodzinie z Curitiby, Arielowi i Carlosowi z Parany, Christianowi i Carolinie z Santiago de Chile, Beatriz z Puerto Madryn, Gabrielowi z Vina del Mar, Francowi z Limy, Davidowi z Bogoty, Julii z Bariloche, Liodegarowi i Aidzie z Caracas oraz Antoniowi z Salvadoru. Mamy nadzieję, że przynajmniej kilku z was przyjedzie kiedyś do Polski, do Krakowa i będziemy mogli odwdzięczyć się wam za waszą gościnność.<br />
Dziękujemy tym, którzy przygarnęli nas także do siebie na kilka dni a z couchsurfingiem nie mają nic wspólnego – przede wszystkim Andrzejkowi i Ali za gościnę w Perth i spędzenie z nami dwóch przesympatycznych tygodni na południowo-zachodnim krańcu Australii, pani Barbarze z Londynu, a także panu Stefanowi W. oraz jego rodzinie w Sydney.<br />
Dziękujemy wszystkim kierowcom, którzy zabrali nas na autostop, a było ich wieleelu. Każdego z osobna pamiętamy i ciepło wspominamy.<br />
Dziękujemy też przypadkowo spotkanym po drodze rodakom za miłe chwile spędzone wspólnie, m.in. Kaji i Pawłowi, Dance i Tomkowi, Julkowi oraz Toolence, a także zrządzeniem losu napotkanym obcokrajowcom – głównie Ray’owi za przyjęcie nas w Adelajdzie prawie jak rodzinę oraz Gregowi i Georginie za miłe chwile spędzone razem w Wenezueli.<br />
Tak byśmy mogli długo. Ale na tym zakończymy. To nasz ostatni wpis. Jesteśmy w domu. Przygoda zakończona. Być może kolejna czeka za rogiem, ale to już będzie zupełnie inna „podróż marzeń”…:)  </p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://podrozmarzen.net/?feed=rss2&amp;p=730</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Rozdzial ostatni</title>
		<link>http://podrozmarzen.net/?p=725</link>
		<comments>http://podrozmarzen.net/?p=725#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 16 Aug 2010 15:47:45 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Kolumbia]]></category>

		<category><![CDATA[Wenezuela]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://podrozmarzen.net/?p=725</guid>
		<description><![CDATA[Nasza wyprawa dobiega konca. Na poludniowo-amerykanskim kontynencie pozostalo nam jeszcze jedynie (albo az) dwa dni. Juz w piatek bedziemy z Wami w Krakowie 
Ale tymczasem co sie dzialo u nas ostatnimi czasy? Glownie spedzalismy czas na wybrzezu karaibskim, choc nie wylacznie&#8230; Zgodnie z planem spedzilismy ostatnie swoje dni na terenie Kolumbii w Parku Narodowym Tayrona. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Nasza wyprawa dobiega konca. Na poludniowo-amerykanskim kontynencie pozostalo nam jeszcze jedynie (albo az) dwa dni. Juz w piatek bedziemy z Wami w Krakowie <img src='http://podrozmarzen.net/wp-includes/images/smilies/icon_smile.gif' alt=':)' class='wp-smiley' /><br />
Ale tymczasem co sie dzialo u nas ostatnimi czasy? Glownie spedzalismy czas na wybrzezu karaibskim, choc nie wylacznie&#8230; Zgodnie z planem<span id="more-725"></span> spedzilismy ostatnie swoje dni na terenie Kolumbii w Parku Narodowym Tayrona. Tam lenilismy sie ile popadnie w cieniu palm, na zlotopiaszczystych plazach wsrod szumu turkusowej wody Morza Karaibskiego. Mateusz odnalazl swoje nowe hobby, ktorym bylo rozlupywanie kokosow. Biegal po lesie, znajdywal kokosa i zaczynal go rozlupywac scyzorykiem, co dawalo mu duzo frajdy. Tak wiec kokosowe mleczko i miazsz byl naszym posilkiem kilka razy dziennie. Do tego popijalismy soki z przeroznych owocow w pobliskiej, lesnej restauracyjce (jedynej na przestrzeni kilkunastu kilometrow - aby dotrzec do naszego campingu w parku musielismy najpierw przejsc z plecakami dwugodzinna trase przez las, z dala od jakiejkolwiek cywilizacji). Bylo super.<br />
Ale czas lenistwa dobiegl konca po czterech dniach - trzeba bylo ruszac w dalsza droge. I tak z rajskich plaz dotarlismy do turystycznego koszmaru, jakim jest Wenezuela - ostatni kraj na naszej trasie. Od przekroczenia granicy w drodze do Maracaibo musielismy przejsc przez siedem kontroli policyjnych, pokazac paszporty i bagaze. Po dotarciu do miasta chcielismy jak najszybciej dotrzec do Caracas, a stamtad do Ciudad de Bolivar. Na dworcu okazalo sie, ze w zadnej z firm przewozowych nie ma biletow. Czemu? Bo wszystkie wykupili zwani potocznie w Polsce  ¨konikami¨ ludzie, odsprzedajacy je pozniej po kilkakrotnie wyzszej cenie. Nie bylo wyjscia - musielismy zaplacic wiecej, bo bysmy utkneli w Maracaibo na duuuzo dluzej. Mimo, ze byl to nocny autobus - czyli teoretycznie wszyscy powinni miec mozliwosc spokojnego wyspania sie w czasie drogi, podroz nie nalezala do najspokojniejszych. Znow kilka kontroli policyjnych - na kazdej paszporcik, wysiadanie z pojazdu&#8230;AAAA!!! Bankomaty nie chcialy wyplacac nam pieniedzy. Np. w bankomacie Banco de Venezuela po wpisaniu kodu PIN i wybraniu zadanej kwoty pojawial sie ekran z haslem ¨podaj dwie ostatnie cyfry swojego kodu identyfikacyjnego¨. Czym ten kod jest? Nie mamy pojecia - ani wtedy, ani teraz. Nawet nikt w banku nie byl w stanie nam powiedziec czego ten bankomat od nas zada. Na szczescie odnalezlismy jeden jedyny bankomat banku Banesco, ktory takich wymyslnych ekranow nam nie pokazywal i wydal nam pieniadze (a jak juz w tym temacie jestesmy, to mala rada dla podroznych: przyjezdzajcie do Wenezueli, jak juz taka wasza wola, z dolarami amerykanskimi, gdyz istnieje tu duzy czarny rynek wymiany walut, na ktorym dostaje sie duzo wiecej nizli w kantorze. Mozna na tym calkiem dobrze wyjsc).<br />
Troche czasu uplynelo, zanim dotarlismy szczesliwie do Ciudad de Bolivar - niezbyt duzego, gwarnego miasta nad brzegiem Orinoko. Z poznana wczesniej w autobusie para Anglikow - Georgina i Gregiem - wykupilismy trzydniowa wycieczke pod Salto Angel. Sczerze powiedziawszy do Wenezueli wjechalismy tylko po to, aby zobaczyc ten najwyzszy wodospad swiata. I nie zawiedlismy sie.<br />
Aby znalezc sie pod wodospadem najpierw trzeba dotrzec do Canaimy - wsi ukrytej w gaszczu tropikalnego lasu, do ktorej nie prowadza zadne naziemne drogi. Mozna tam doleciec malutka telepiaca sie awionetka, co tez i my uczynilismy. Po godzinie lotu wyladowalismy na szutrowym lotnisku otoczonym dwoma malymi wodospadami i plaskimi jak stol gorami nazywanymi tepui. Bylismy w innym swiecie. Tu lodka poplynelismy do naszego campingu ulokowanego tuz na przeciwko wielkiej kaskady. Rzeka byla silna i miejscami hustalo nas bardzo mocno, a woda chlapala na nas z kazdej strony. Na sczescie pogoda nam dopisala, wiec w trakcie podrozy moglismy podziwiac niesamowicie plaskie tepui pojawiajace sie co i rusz na horyzoncie. A po 4 godzinach mozolnego plyniecia pod prad, doplynelismy w koncu pod sam wodospad. A ze nie bylo zadnej mgly, chmurki, slowem nic co mogloby zaburzyc nam widok - moglismy podziwiac Salto Angel w calej okazalosci z terenu naszego hamakowego campingu (gdyz te noc spedzilismy na hamakach, w hangarze bez scian :P).<br />
Kolejnego dnia aura juz nie byla az tak lagodna i sprzyjajaca. Obudzila nas tropikalna ulewa dobijajaca sie w dach naszego obozowiska, co nie napawalo zbytnim entuzjazmem przed piesza wedrowka do punktu widokowego na wodogrzmot. Na szczescie po sniadaniu, kiedy ruszalismy na szlak, deszcz ustapil dzieki czemu nasza przechadzka przez podmokly po burzy las byla duzo przyjemniejsza. Z punktu widokowego moglismy zobaczyc Salto Angel w calej swojej potedze - 11 cienkich kaskad laczacych sie w jedna splywajacych z jednej z plaskich tepui z wysokosci prawie jednego kilometra. Po nocnym deszczu wody w gornej rzece bylo znacznie wiecej niz wczoraj, totez i jej opadanie bylo bardziej widowiskowe.<br />
Ostatniego dnia w Canaimie odwiedzilismy jeszcze dwa inne wodospady - Sapo i Sapito. Podplynelismy lodeczka pod jeden z nich, po czym po krotkim spacerze lasem, pomaszerwowalismy&#8230;pod sama kaskada. Hektolitry wody przelewaly sie tuz obok nas i nad naszymi glowami moczac nas niemilosiernie. Juz po pierwszych kilku krokach bylismy mokrzy niczym po kapieli.Woda splywala z niesamowita sila, a huk zagluszal kazde nasze slowo. Woda chciala wyplukac nam soczewki z oczu. Bylo ekstremalnie:)<br />
Po poludniu tego samego dnia wrocilismy telepiaca sie awionetka z powrotem do Ciudad de Bolivar. Mieliesmy jeszcze duuuzo czasu do naszego zaplanowanego przyjazdu do Caracas, totez postanowilismy go spedzic nie robiac nic poza wylegiwaniem sie na plazy. Co zabawne - nasi angielscy znajomi tez wpadli na ten sam pomysl, tak wiec podrozowalismy przez kilka dni razem. Najpierw na jeden dzien wpadlismy do Barcelony. Okazalo sie, wbrew naszym oczekiwaniom, ze miasto to nie jest polozone blisko morza i ogolnie nie ma nic do zaoferowania (nawet te kolonialne kamieniczki nie byly warte przykuwania zbyt wielkiej uwagi). Tak wiec juz nazajutrz zapakowalismy manatki (Greg i Georgina rowniez) i pojechalismy do niewielkiej rybackiej miescinki Santa Fe. Tu osiedlismy na pare dni, gdyz znalezlismy hostel, ktory mial wyjscie wprost na plaze. Lepiej nie moglismy sobie wybrac. Zatem dni uplynely nam na blogim lenistwie na plazy, kapaniu sie w czystej, cieplej wodzie Karaibskiego Morza, zajadaniu sie swiezymi rybami prosto z polowu, popijaniu karaibskiego rumu i czestych partyjkach w karty z Anglikami <img src='http://podrozmarzen.net/wp-includes/images/smilies/icon_smile.gif' alt=':)' class='wp-smiley' /><br />
Od piatku natomiast jestesmy juz w stolicy kraju- Caracas. Absurd za absurdem tego kraju nie opuszczaja nas, a raczej powielaja sie z kazda chwila (ale o tym za moment). W Caracas jestesmy goszczeni poprzez couchsurfing przez przesympatyczne malzenstwo Liodegara i Aide, ktorzy nam strasznie dogadzaja gotujac tradycyjne wenezualskie potrawy i wyciskajac swieze soki owocowe&#8230;Zabrali nas takze na krotka wycieczke w gory El Avila okalajace miasto od polnocy i spacer po miescie (ktore samo w sobie nie jest niczym szczegolnym). Niestety w ich domu, mimo tak wspanialego przyjecia nas, nie bylo przez caly weekend wody. Ale dlaczego? Gdyz prezydent Chavez racjonuje dostep do niej. I tak kazdy mieszkaniec Caracas przez dwa dni w tygodniu ma wylaczana wode (kazda dzielnica w inne dni, ale zawsze sa to dni po sobie nastepujace - nam wypadlo to na sobote i niedziele). Absurd? Pewnie, ze tak. Jest ich wiecej, ale to opowiemy wam juz w Krakowie:)<br />
Jutro wsiadamy w samolot do Brazylii. Stamtad przesiadka do Frankfurtu, potem juz tylko autobus do Krakowa i bedziemy w domu:) Trzymajcie kciuki za nasz powrot. I do zobaczenia niebawem <img src='http://podrozmarzen.net/wp-includes/images/smilies/icon_smile.gif' alt=':)' class='wp-smiley' /> </p>
<p>A oto takze ostatnia porcja zdjec:<br />
<a href="http://picasaweb.google.com/www.podrozmarzen.net/TayronaPNIWenezuela#">http://picasaweb.google.com/www.podrozmarzen.net/TayronaPNIWenezuela#</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://podrozmarzen.net/?feed=rss2&amp;p=725</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Byczki, soczki i figurki</title>
		<link>http://podrozmarzen.net/?p=721</link>
		<comments>http://podrozmarzen.net/?p=721#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 29 Jul 2010 21:24:03 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Ekwador]]></category>

		<category><![CDATA[Kolumbia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://podrozmarzen.net/?p=721</guid>
		<description><![CDATA[Ekwador opuscilismy we wspanialych humorach i bogatsi o nowe doswiadczenia. Jeszcze dzien przed odjazdem z Quito wybralismy sie do niewielkiej miescinki Machachi oddalonej od stolicy o jakies 50 kilometrow, gdzie odbywala sie Fiesta del Chagra – coroczne swieto, w trakcie ktorego na ulicach jest zywo, kolorowo i tlumnie. Przez pare godzin parada jezdzcow na pieknych [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Ekwador opuscilismy we wspanialych humorach i bogatsi o nowe doswiadczenia. Jeszcze dzien przed odjazdem z Quito wybralismy sie do niewielkiej miescinki Machachi oddalonej od stolicy o jakies 50 kilometrow, gdzie odbywala sie Fiesta del Chagra – coroczne swieto, w trakcie ktorego na <span id="more-721"></span>ulicach jest zywo, kolorowo i tlumnie. Przez pare godzin parada jezdzcow na pieknych rumakach przetaczala sie przez centrum wioski prezentujac rozne stadniny, mnostwo tancerzy w wielobarwnych tradycyjnych strojach chasalo miedzy nimi a co jakis czas pojawial sie i ciekawie ustrojony powoz . Alkohol przelewal sie strumieniami i to nie tylko wsrod obserwatorow, ale tez (a nawet i w wiekszosci) wsrod tych, ktorzy jechali na koniach (co niejednokrotnie skutkowalo mala koordynacja tego, co robi rumak i jego nerwowym wierzganiem, czy tez parciem prosto w tlum gapiow – na szczescie nikomu nic sie nie stalo, wiec wszyscy mieli doskonalo zabawe). Po konnej paradzie odbywala sie korrida:) W zbitej z desek i patyczkow arenie zgromadzila sie rzesza rzadnych silnych wrazen “kibicow” i nie mniej tych, ktorzy chcieli podniesc swoj poziom adrenaliny czekajac na byka na “ringu”. Bowiem z bykiem nie walczyli jedynie wygladajacy profesjonalnie jezdzcy na koniach, ale tez kazdy kto mial ochote sobie troche pobiegac i pouciekac. Bykow bylo kilka (wchodzacych na arene pojedynczo)– co kolejny to bardziej rozjuszony. Kilku mezczyznom nie udalo sie uciec przed ich natarciem i troche zostali poturbowani, co – jak dalo sie odczuc – bylo najbardziej oczekiwane przez tlum. Niesamowite przezycie! Mateuszowi chodzilo po glowie, zeby tez zejsc na ring i troche byczka podenerwowac, ale stwierdzilismy, ze moze to nie byc najlepszym pomyslem. Na prowizorycznych trybunach bawilismy sie rownie dobrze.<br />
Wielogodzinna jazda autobusem (aaach&#8230;to co wprost “uwielbiamy” po tylu dniach podrozy) doprowadzila nas z Quito, przez granice ekwadorsko-kolumbijska az do malego San Agustin. W okolicy tej miescinki jest wiele parkow archeologicznych, w ktorych prezentuje sie wykopaliska dokonane na przestrzeni kilku ostatnich lat. Glowna atrakcja sa tutaj wielkie kamienne posagi, ktore byly stawiane przez pradawne ludy zamieszkujace te rejony, przy grobach zmarlych osob. Byli to tak jakby straznicy. Przez dwa dni odwiedzalismy rozne miejsca znalezisk i podziwialismy te monumentalne kamienne rzezby, ktore zachowaly sie (glownie zakopane przez wieeele lat pod ziemia) w calkiem dobrym stanie.<br />
Z San Agustin przetransortowalismy sie do Bogoty. Stolica Kolumbii zadziwila nas troche swoja “europejskoscia”. Dotychczas w Ameryce Poludniowej niewiele osob mowilo po angielsku, wokol raczej nie bylo zbyt czysto ani schludnie i ogolnie bylo “jakos inaczej”. Bogota natomiast urzekla nas czystoscia i spokojem tchnacym z tutejszych uliczek i zakatkow starego centrum, ladna kolonialna zabudowa, i zadziwila tym, ze wiele osob zna jezyk angielski. Byc moze to, ze tak bardzo polubilismy Bogote jest tez zasluga naszego couchsurfingowego gospodarza Davida, ktory jest niezmiernie sympatycznym i otwartym chlopakiem. Zaprosil nas na piknik ze swoimi znajomymi (i musimy przyznac, ze takiego pikniku to my w zyciu nie widzielismy – ale o szczegolach opowiemy wam juz na zywo), zabral nas do jednej z tradycyjnych restauracji kolumbijskich, gdzie moglismy skosztowac lokalnych przysmakow i przygotowal takze parokrotnie regionalne jedzonko u siebie w domu. Tak, zdecydowanie spotkanie Davida wplynelo znacznie na nasz tak pozytywny odbior kolumbijskiej stolicy.<br />
W Bogocie oczywiscie przespacerowalismy sie Starym Miastem z Placem Bolivara na czele oraz skorzystalismy z okazji, ze wszystkie miejskie muzea sa darmowe (gdyz Kolumbia obchodzi 200-lecie niepodleglosci i wszystkie swoje zbiory postanowili pokazywac bez oplat) i odwiedzilismy m.in. Museo Botero (muzeum jednego z najwazniejszych i najslawniejszych kolumbijskich malarzy, ktorego sztuka “wieloformatowa” wielce nas rozbawila, ale tez ujela czyms, czego nie mozemy za bardzo okreslic), Iglesia Santa Clara, Casa de Moneda oraz najwazniejsze w Bogocie – Muzeum Zlota (gdzie na 5 pietrach prezentuje sie cale mnostwo wyrobow ze zlota, ktore udalo sie znalezc archeologom na terenie Kolumbii). Wyjechalismy takze na Gore Monseratte, gdzie gorujac nad miastem wznosi sie klasztor slynacy ze swej figury Chrystusa Upadajacego i roztaczajacego sie panoramicznego widoku na cale miasto.<br />
Korzystajac z gosinnosci Davida zostalismy w Bogocie o jeden dzien dluzej, aby moc odwiedzic polozona nieopodal miescine Zipaquira. Tu bowiem w jednym ze wzgorz sa kopalnie soli, a w nich slynna w Kolumbii katedra z soli i droga krzyzowa. Choc niewatpliwie jest to miejsce godne zainteresowania, calkiem ladne i jak na amerykanskie warunki bardzo oryginalne, to nie moze sie rownac naszej katedrze z soli w kopalni soli w Wieliczce. Czemu? Moze z powodu swej surowosci, moze dlatego, ze wszystkie figury sa stworzone nie-z-soli, moze dlatego ze jest duzo mniejsza&#8230;Ale i tak uwazamy ze warto tu bylo przyjechac chocby dlatego, zeby moc miec porownanie i napisac wam nasza opinie na jej temat:)<br />
Z Bogoty swe kroki skierowalismy do Cartageny. Przewodniki pisaly, ze jest to jedno z najpiekniejszych kolonialnych miast calej Ameryki. Nasi znajomi, a takze mniej nam znani spotkani po drodze podroznicy – wszyscy jednym chorem stwierdzali, ze nie odwiedzic Cartegeny bedac w Kolumbii, to tak jakby w Kolumbii wogole nie byc&#8230;I wiecie co? Mieli racje. My takze podpisujemy sie pod tymi slowami i glosno mowimy, ze Cartagena jest najladniejszym miastem, w jakim bylismy w calej Ameryce Poludniowej. Kolonialne balkoniki na kazdej z kolorowych kamieniczek, wszedzie donice z kwiatami lub niewielkie barwne drzewka zasadzone tuz przy fasadzie domow, obronne mury okalajce cale Stare Miasto&#8230;.sprzedajace owoce murzynki ubrane w wielokolorowe stroje&#8230;sprzedawcy obrazow, bizuterii i regionaliow&#8230;i wszedobylskie wozeczki oraz budki, w ktorych mozna kupic soki z owocow, ktorych nawet w zyciu nie widzielismy&#8230;To wszystko i jeszcze duzo wiecej tworzy niepowtarzalny klimat tego miejsca. Wielka przyjemnoscia jest przechadzanie sie tutejszymi cienkimi uliczkami czy tez obronnymi murami. A pogoda jak najbardziej nam sprzyjala – az nadto, bo upaly byly ponad 30stopniowe <img src='http://podrozmarzen.net/wp-includes/images/smilies/icon_smile.gif' alt=':)' class='wp-smiley' /><br />
Niedaleko Cartageny znajduje sie jedna z niecodzinnych atrakcji turystycznych, mianowicie maly wulkan Lodo tel Totumo. Niby wulkan jak kazdy inny, ale niecalkiem&#8230;Nie wyrzuca on bowiem lawy, lecz bloto. A co wiecej – w blocie tym, na szczycie wulkanicznego stozka mozna sie kapac i potaplac. Takotez i my zrobilismy – blotna kapiel w wulkanie byla calkiem..hmm&#8230;inna od wszystkiego, co do tej pory robilismy. Ciezko sie tam poruszalo, ale zabawa byla przednia&#8230;i duzo mycia po wyjsciu:)<br />
Wczoraj dotarlismy na polnocne wybrzeze Kolumbii, a konkretnie do Santa Marty. Miasto to nie ma w sobie nic specjalnego. Nawet szczerze powiedziawszy nie ma tu zbyt wiele do ogladania. Przyjechalismy tutaj jednak, aby sobie troszke ponurkowac. Skoro zrobilismy ta licencje OWD w szkole nurkowania DIVING PLANET, to trzeba z niej korzystac poki jest okazja. Wiec dzisiejsze przedpoludnie spedzilismy pod woda. Cale mnostwo chowajacych sie przed nami gdy zbyt blisko podplynelismy  koralowcow, malych box-fishów, duzych jak nasze glowy kolorowych ryb, caly ogrom czyhajacych w przyczajeniu na swa ofiare muren (duzych, malych, srednich, ciapkowanych, jednokolorowych&#8230;) i wieeeeeeele innych morskich zwierzatek z plaszczkami i rozgwiazdami na czele towarzyszylo nam w trakcie naszych dwoch godzinnych nurkowan na glebokosc okolo 20 metrow. Mielismy przewodnika, wiec nie pogubilismy sie w naszej podwodnej wycieczce, a do tego mielismy okazje ponurkowac tez troszke na wrakach trzech niewielkich stateczkow zatopionych nieopodal brzegu niewielkiej wysepki u brzegow Santa Marty.<br />
Jutro mamy zamiar jechac dalej – powylegiwac sie pare dni na karaibskich plazach w Parku Narodowym Tayrona, a potem smigac dalej do Wenezueli..Czas nagli <img src='http://podrozmarzen.net/wp-includes/images/smilies/icon_smile.gif' alt=':)' class='wp-smiley' /> </p>
<p>Wrzucilismy kilka zdjec do naszej galerii wiec zapraszamy: <a href="http://picasaweb.google.com/www.podrozmarzen.net/MachachiIKolumbia#">http://picasaweb.google.com/www.podrozmarzen.net/MachachiIKolumbia#</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://podrozmarzen.net/?feed=rss2&amp;p=721</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Kamienne dziury, walenie i rownik</title>
		<link>http://podrozmarzen.net/?p=715</link>
		<comments>http://podrozmarzen.net/?p=715#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 17 Jul 2010 00:20:16 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Ekwador]]></category>

		<category><![CDATA[Peru]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://podrozmarzen.net/?p=715</guid>
		<description><![CDATA[Jestesmy w Quito – stolicy Ekwadoru. Ladne to miasto, ale niestety w jego pelnym pozytywnym odbiorze przeszkadza nam troche pogoda – odkad tutaj dotarlismy prawie caly czas niebo zakrywaja szare chmury, a co jakis czas zaczynaja “zaby spadac na ziemie”. Ale mimo to podoba sie nam tutaj, tym bardziej ze jestesmy jedynie o kilka kilometrow [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Jestesmy w Quito – stolicy Ekwadoru. Ladne to miasto, ale niestety w jego pelnym pozytywnym odbiorze przeszkadza nam troche pogoda – odkad tutaj dotarlismy prawie caly czas niebo zakrywaja szare chmury, a co jakis czas zaczynaja “zaby spadac na ziemie”. Ale mimo to podoba sie nam tutaj, tym <span id="more-715"></span>bardziej ze jestesmy jedynie o kilka kilometrow oddaleni od rownika, o czym sama mysl – nie wiedziec czemu – wprawia nas w dobre humory.<br />
Ale nie galopujac zbyt do przodu opowiemy po krotce co sie u nas dzialo przez ostatnie dwa tygodnie. Ostatnio pisalismy do was tuz po powrocie z Machu Picchu, o ktorym wspomnienie nadal jest w naszych glowach bardzo swieze i zywe i wielce radosne. Jednakze nie tracac czasu, nie popadalismy w zbytnia nostalgie i juz kolejnego dnia po powrocie z gor, udalismy sie w droge do stolicy Peru – Limy. Droga byla dluuuga, wiec dopiero po ponad 20 godzinach jazdy w nieklimatyzowanym, ciasnym autobusie dotarlismy w koncu na miejsce. Bylismy spoznieni pare godzin (co nie jest tu rzadkoscia, a raczej stanowi norme, ze autobusy przyjezdzaja 2-3 lub nawet ponad 4 godziny po wyznaczonym czasie), wiec zamiast – jak planowalismy – pojechac do naszego couchsurfingowego gospodarza Franco, najpierw prosto z dworca postanowilismy isc do Ambasady RP, by oddac glos w wyborach prezydenckich. Troche nam bylo glupio wchodzic w dresach, niezbyt schludni po wielogodzinnej podrozy autobusem do ambasady, gdzie wszyscy byli pieknie ubrani “pod krawatem”, gdzie z sufitow zwisaly eleganckie zyrandole i ogolnie panowala atmosfera wielkiej kultury. Mimo naszego stanu wszyscy przyjeli nas bardzo milo i cieplo, porozmawiali z nami o naszej podrozy i dalszych planach i mozna powiedziec – byli bardzo otwarci na kontakt z nami. Zatem mimo, ze oddanie glosu trwalo pare sekund, w ambasadzie spedzilismy dluzszy moment gaworzac z jej pracownikami.<br />
Dalsze nasze chwile w Limie byly juz “zwykla” kontynuacja naszej podrozy. Zobaczylismy historyczna czesc miasta z Plaza de Armas i Plaza San Martin na czele, zwiedzilismy Muzeum Inkwizycji (ktore na szczescie bylo darmowe, gdyz w innym wypadku bylibysmy zli, ze wydalismy pieniadze – nasze oczekiwania przerosly to, co bylo nam zaprezentowane) i obserwowalismy zycie stolecznych Peruwianczykow. Szczerze powiedziawszy mozemy spokojnie stwierdzic, ze Lima – choc calkiem przyjemna w odbiorze i na pewno nie tak przytlaczajaca jak boliwijskie La Paz – nie ma zbyt wiele do zaproponowania. Dlatego tez reszte naszego czasu w tym miescie (a nie bylo go zbyt wiele) postanowilismy spedzic mniej konwencjonalnie niz dotychczas - to znaczy nie maszerujac po nim i nie ogladajac “pieknej kolonialnej architektury”, czy roznego rodzaju monumentow. Spotkalismy sie zamiast tego z para Polakow z Poznania – Danka i Tomkiem (ich podboje swiata mozecie obejrzec na: http://www.gryka.com/), ktorych spotkalismy na Machu Picchu, a po wypitej wspolnie kawce pojechalismy do dzielnicy Miraflores.<br />
Miraflores slynie z nocnego zycia, sklepow, kafejek, pubow, restauracji, czy galerii handlowych. Z drugiej strony jego wizytowka jest plaza i fakt, ze sa tutaj calkiem niezle miejsca do surfingu. Zatem zaliczywszy pierwsza z tutejszych atrakcji i po najedzeniu sie do syta, Mateusz postanowil wykorzystac mozliwosc i … poszedl na lekcje surfingu. Pod czujnym okiem instruktora nabywal umiejetnosci staniecia na desce i utrzymania sie na niej, co do latwych nie nalezalo. Jednakze po kilku probach udalo sie Mateuszowi stanac i przesurfingowac na fali przez parenascie metrow, przez co pozniej chodzil ogromnie zadowolony i dumny jak paw.<br />
Kolejnym po Limie i ostatnim w Peru miejscem na naszej wyprawowej mapie byla Cajamarca. Pojechalismy tam tylko po to, aby obejrzec inkaskie groby wyryte w skale o troche mylacej nazwie “Ventanillas de Otuzco”. Rzeczywiscie troche te dziury skalne przypominaja male okienka, ale zostaly wydrazone po to, by chowac w nich zmarlych, o czym swiadczyly wykopaliska archeologiczne, w trakcie ktorych odnaleziono wiele zmumifikowanych szczatkow.<br />
Z Cajamarci udalismy sie juz do granicy i “hop-siup” znalezlismy sie w Ekwadorze. Pierwszym miasteczkiem, ktore postanowilismy odwiedzic byla Cuenca – uznawana przez ekwadorczykow za kolonialna perelke ich kraju. Rzeczywiscie po przyzywczajeniu sie do niezbyt pieknych zabudowan Boliwii i Peru, ktore zwykle bardziej straszyly niz cieszyly oko, Cuenca byla dla nas dosyc mila odmiana. Ponadto od razu odkrylismy kilka roznic w zachowaniu mieszkancow – nikt nie trabil na ulicy tak, jak to mialo miejsce w Peru i Boliwii, nikt nie wydzieral sie chcac zachecic przechodniow do kupna czegokolwiek w jego sklepiku czy bazarze tak, jak to mialo miejsce w wyzej wymienionych krajach, nikt nie mial tradycyjnych strojow i nie mial silnie zarysowanych indianskich cech urody tak, jak…no wiecie. Reasumujac – Ekwador przywital nas spokojem, cisza i przyjazna atmosfera i taki klimat spoleczny nie opuszcza nas przez caly nasz pobyt w tym kraju.<br />
Po Cuence przyszedl czas na nadmorskie Puerto Lopez. Tu poczulismy troche poludniowo-amerykanskich tropikow – slonce grzalo nas caly czas, a temperatura nie spadala ponizej 25 stopni… Moglismy poplywac troche w cieplej wodzie oceanu i nabrac troche rumiencow od opalajacego sloneczka. A poza tym wybralismy sie na eksloracje tutejszego Parku Narodowego Machalilla – pierwszego dnia spacerowalismy po plazy Los Frailes podziwiajac pelikany i fregaty latajace nad naszymi glowami oraz mnostwo krabikow biegajacych pod stopami, a dnia nastepnego wybralismy sie na krotka wycieczke na Isla de la Plata. Juz sam rejs do wyspy byl pelen wrazen – co i rusz wokol nas pojawialy sie wielkie wieloryby, ktore co jakis czas wyskakiwaly z wody lub prezyly swoja pletwe ogonowa. Na wyspie zrobilismy sobie spacer szlakiem Escalera, gdzie moglismy podziwiac rozne rodzaje dziwnych ptakow – Niebieskonogie Gluptaki, Fregaty z napompowanym czerwonym brzuszkiem bedacym znakiem, ze nadszedl czas godow, czy Piquero de Nazca z dlugim i lekkim niczym woalka ogonem. Po uciechach ladowych znow nadszedl czas na te wodne i jeszcze przed powrotem na staly lad mielismy okazje posnorkelingowac i obejrzec tutejsza kolorowa rafe. Nie byl to jednak koniec emocji na ten dzien – w drodze powrotnej zepsul sie w naszej lodce jeden z silnikow, przez co tempo plyniecia spadlo o polowe. Mielismy wykupiony bilet autobusowy w dalsza droge i wlekac sie po oceanie z taka szybkoscia bylo pewne, ze nie zdazymy. Na szczescie za nami plynela jeszcze jedna lodka i po dokonaniu szybkiego abordazu – przeskoczeniu na poklad drugiej lodki – udalo sie nam zdazyc na czas i bez problemow pojechac wykupionym przez nas wczesniej autobusem.<br />
I tak dotarlismy do Baños. Spokojna miescinka w otoczeniu gor, rzek, z wieloma wodospadami w okolicy i szlakami do maszerowania byla dla nas fantastycznym miejscem do naladowaniu akumulatorkow, w ktorych baterie powoli zaczynaly sie wyczerpywac. Glowna atrakcja Baños jest czynny i bardzo aktywny wulkan Tungurahua, ktory caly czas wypluwa z siebie smugi gestego dymu, a od czasu do czasu takze i zloto-czerwona magme, co jest – ponoc – zupelnie normalne I uznawane przez miejscowych za dobra atrakcje turystyczna. Niestety nam nie udalo sie zobaczyc ani dymu, ani magmy. Mielismy trzy podejscia – pieszo (wybralismy sie na kilkugodzinna przechadzke jednym z lesnych szlakow), konno (wypozyczylismy rumaki i prowdzeni przez przewodnika objezdzalismy pobliskie wodospady, dolinki i punkty obserwacyjne, a od czasu do czasu puszczalismy sie galopem przez droge) oraz quadem (ktory po kwadransie, kiedy juz dotarlismy tam gdzie chcielismy, odmowil nam posluszenstwa i musielismy do centrum wracac zaplacona przez wypozyczalnie quadow taksowka). Za kazdym razem wulkan byl – mniej lub bardziej – zasloniety przez chmury. Uznalismy ze zostawanie w tym samym miejscu przez kolejne dni tylko po to, by zobaczyc troche dymu, mija sie z celem I ruszylismy dalej. Myslelismy o tym, by udac sie do PN Cotopaxi i ogladnac tutejszy – drugi co do wielkosci w Ekwadorze –wulkan, ale zarzucilismy ten pomysl. Wyszlo nam to na dobre, gdyz jadac do Quito moglismy po drodze zobaczyc, ze cale Cotopaxi zakryte jest wielka, szara chmura i ogolnie nic nie widac.<br />
Tak wiec znalezlismy sie w Quito. Wczoraj zrobilismy sobie przechadzke po starym miescie, ktore jest na prawde ladne i dosyc spokojne, jak na stoleczne miasto. Dzis natomiast wybralismy sie do Mitad del Mundo, gdzie wesolo moglismy przeskakiwac z polkuli poludniowej na polnocna I z powrotem. Bylismy bowiem na rowniku!!! W miejscowym centrum “pseudoeksperymentalnym” moglismy troche pobawic sie w badaczy i poeksperymentowac troche z fizycznymi silami dzialajacymi na szerokosci geograficznej 0. Stawialismy jajka na gwodziu tak, by staly nan w rownowadze, czy tez patrzylismy jak woda splywa na rowniku, na poludniu i polnocy. W skrocie – niezla zabawa. Po powrocie ze Srodka Swiata wybralismy sie jeszcze do Palacu Prezydenckiego i akurat udalo sie nam zalapac na wejscie do srodka. Szybkie zobaczenie prezydenckich salonow,a potem zmiany warty i wojska cwiczacego marsz bylo przyjemna rozrywka w kolejne deszczowe popoludnie.<br />
Tak powoli konczy sie nasza podroz po Ekwadorze. Jutro lub pojutrze ruszamy juz do Kolumbii. Czas nagli – zostal juz 1 miesiac do konca naszej wyprawy, a tu jeszcze dwa kraje do zobaczenia:)</p>
<p>Zapraszamy oczywiscie do naszej galerii - pojawila sie nowa porcja zdjec:) tadam! : <a href="http://picasaweb.google.com/www.podrozmarzen.net/LimaCajamarcaIEkwador#">http://picasaweb.google.com/www.podrozmarzen.net/LimaCajamarcaIEkwador#</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://podrozmarzen.net/?feed=rss2&amp;p=715</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Zdjecia</title>
		<link>http://podrozmarzen.net/?p=711</link>
		<comments>http://podrozmarzen.net/?p=711#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 02 Jul 2010 16:55:51 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Peru]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://podrozmarzen.net/?p=711</guid>
		<description><![CDATA[Na naszej galirii zamiescilismy kilka zdjec z ostatnich dwoch tygodni. Zapraszamy na: http://picasaweb.google.com/www.podrozmarzen.net/WschodniePeru#
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Na naszej galirii zamiescilismy kilka zdjec z ostatnich dwoch tygodni. Zapraszamy na: <a href="http://picasaweb.google.com/www.podrozmarzen.net/WschodniePeru#">http://picasaweb.google.com/www.podrozmarzen.net/WschodniePeru#</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://podrozmarzen.net/?feed=rss2&amp;p=711</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Oslawione Peru</title>
		<link>http://podrozmarzen.net/?p=706</link>
		<comments>http://podrozmarzen.net/?p=706#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 02 Jul 2010 16:46:42 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Peru]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://podrozmarzen.net/?p=706</guid>
		<description><![CDATA[Od ostatniej naszej relacji niby nie minelo wiele czasu, ale zdazylismy dosyc sporo miejsc odwiedzic, wiele zobaczyc i poznac kilka nowych osob. Wjechalisy bowiem do kolejnego “nowego swiata” przekroczywszy granice Boliwia- Peru.  Na poczatek dotarlismy do Puno lezacego tuz nad brzegiem jeziora Titicaca i stanowiacego miejsce wypadowe na kilka z jego wysp. My (po [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Od ostatniej naszej relacji niby nie minelo wiele czasu, ale zdazylismy dosyc sporo miejsc odwiedzic, wiele zobaczyc i poznac kilka nowych osob. Wjechalisy bowiem do kolejnego “nowego swiata” przekroczywszy granice Boliwia- Peru.  Na poczatek dotarlismy do Puno lezacego tuz nad brzegiem jeziora Titicaca i stanowiacego miejsce wypadowe na kilka z jego wysp. My (po krotkim wypadzie do malej miejscowosci obok, aby zobaczyc Swiatynie Plodnosci) wybralismy sie na dwudniowa wycieczke na trzy z nich: trzcinowe wyspy Uros oraz niezbyt duze Amantani i <span id="more-706"></span>Taquile. O ile dwie ostatnie to normalne wyspy, na ktorych mieszkaja indianie Quechua i w sumie nic specjalnego tam znalezc  nie mozna, o tyle Uros sa czyms niepowtarzalnym i niespodziewanym. Wszstkie 40 wysp wchodzacych w sklad Uros plywa na wodzie jeziora Titicaca, gdyz…sa z trzciny. Wszystko jest tam z trzciny – wyspa, domy, lozka, lodki ktorymi przemieszczaja sie mieszkancy…Wrazenie niesamowite. Bardzo zalowalismy, ze nie moglismy spedzic tu nocy spiac w trzcinowej chatce. Zamiast tego zostalismy przydzieleni do jednej z indianskich rodzin na Amatani i tam spedzilismy popoludnie i noc probujac zyc jak miejscowa ludnosc. Jedlismy to, co oni, ubrali nas w swoje tradycyjne stroje, a wieczorem – po krotkim spacerze do swiatyni Pachataty – mielismy “impreze” w rytmie ich tradycyjnej muzyki. Na drugi dzien poplynelismy na jeszcze mniejsza wysepke Taquile i zrobilismy sobie spacr wzdluz jej brzegu. Na glownym placu moglismy ogladac mrowie mieszkancow, ubraych tradycyjnie, a nasz przewodnik opowiadal nam co kazda czesc ich stroju oznacza. Np. Dla mezczyzn sa trzy rozne typy czapek, ktore oznaczaja, ze jest on singlem, zonatym albo wysko postawionym mieszkancem wioski. U kobiet o statusie matrymonialnym, ale tez o nastroju, swiadczy wielkosc pomponow przy chuscie: duze pomony-wolna, male pomony-zamezna, kolorowe pomony- ma dobry humor, pompony w zimnych barwach – lepiej nie podchodz, bo jest zla. Niezbyt skomplikowane zycie wioda mieszkancy Taquile…Na koniec naszej eskapady po wyspach Titicaca Mateusz postanowil zazyc kapieli w wodach tego najwyzej polozonego zeglownego jeziora swiata. Jak szybko wskoczyl, tak tez szybko (o ile nie szybciej) wychodzil – woda miala tmperature 5-10 stopni…:)<br />
Juz kolejnego dnia po powrocie z jeziora udalismy sie w droge do Arequipy. To drugie po Limie co do wielkosci miasto Peru moze sie pochwalic na pewno bardzo ladna zabudowa glownego Plaza de Armas. W nocy jest on nawet bardziej imonujacy niz w dzien. Do oslawinego Klasztoru Santa Catalina postanowilismy nie wchodzic – wystarczyla nam juz jedna przechadzka po klasztorze swietej Teresy w Potosi. A cena biletu za wejscie tym bardziej nie zachecala nas do wejscia. Za te sama cene pokusilismy sie pojsc do restauracji i sprobowac peruwianskiego przysmaku – pieczonej swinki morskiej. Miesko bardzo dobre, a do tego niezla zabawa przy poznawaniu wnetrznsci zwierzatka – swinke podano nam bowiem w calosci, wlacznie z glowa, jak mozecie zobaczyc na zdjeciach <img src='http://podrozmarzen.net/wp-includes/images/smilies/icon_smile.gif' alt=':)' class='wp-smiley' /> Jeszcze tej samej nocy, o godzinie 3 nad ranem pojechalismy do kanionu Colca na dwudniowy trekking. Mielismy swojego prywatnego przewodnika – tak sie zlozylo, ze tylko my chcielismy wykupic  akurat te wycieczke. Ale nam bylo to jak najbardziej na reke. Przez dwa dni przeszlismy sie przez czesc tego dlugiego i najglebszego na swiecie kanionu. Bylo piekie, choc nie tak dziko jak oczekiwalismy. Okazuje sie, ze w kanionie sa miasteczka, w ktorych zyja sobie indianie. Ciezki tam chyba maja zywot, gdyz ich jedynym srodkiem transportu jest mul lub osiolek, albo wlasne stopy. Wszystko co maja w kanionie (poza warzywami i owocami, ktore sami hoduja) musza sprowadzac z miasta polozonego duzo wyzej lub nawet z oddalonej o 3 godziny samchodem Arequipy…Ale widac musza to lubic, skoro nadal te wioski istnieja (choc pewnie juz niedlugo, bo wiekszosc mlodych wyjezdza do duzych miast). Niestety drugiego dnia, kiedy mielismy wymaszerowac  w gore kanionu i jechac ku Arequipie Ania zlapala przeziebienie i zamiast czlapac na piechote, wyjechala na osiolku. Ale nie zaluje, gdyz bylo to calkiem przyjemne doswiadczenie. I troche stresujace kiedy osiol chcial wyprzedziac osla przed soba po zewnetrznej stronie drozki tuz nad przepascia <img src='http://podrozmarzen.net/wp-includes/images/smilies/icon_smile.gif' alt=':)' class='wp-smiley' /><br />
Bedac w Kanionie Colca mielismy tez okazje podziwiac ogromne kondory, ktore lataly tuz nad naszymi glowami. Wielkie dochodzace do 3 metrow w rozpietosci skrzydel i do 1 metra wysokosci ptaki szybowaly jeden za drugim tuz nad nami, jakby pozowaly nam do zdjec. Bylo super, a tym bardziej cieszyl nas ich widok, gdyz wiele osob spotkanych przez nas wczesniej mowilo, ze na Przeleczy Kondora wcale nie ma zadnych kondorow. Coz…mylili sie, bo bylo ich chyba ponad 10.<br />
Z Arequipy pojechalismy dalej do Cusco, ktore uznawalismy za punkt kulminacyjny naszego pobytu w Peru. Stad bowiem udalismy sien a 4- dniowa droge na Machu Picchu. Ale zanim to, zrobilismy sobie male wprowadzenie do tutejszego inkaskiego regionu i jeden dzien spedzilismy objezdzajac ruiny w Swietej Dolinie. Tu bowiem, wzdluz swietej rzeki Urubamba (od ktorej nazwa Swieta Dolina) miescilo sie niegdys wiele inkaskich wiosek, z ktorych teraz zostalo duzo…kamieni. Objechalismy wiec Pisac z jego piecioma miejscami archeologicznymi oraz Ollantaytambo z wielkim fdortem. Odwiedzilismy takze kilka targow z miejscowym rekodzielem oraz miescinke Chichero z kiczowatym kolonialnym kosciolkiem. Ogolnie rzecz biorac bylo to calkiem pouczajace i ciekawe doswiadczenie z peruwaisnkimi ruinami. Potem nadszedl czas na Machu Picchu <img src='http://podrozmarzen.net/wp-includes/images/smilies/icon_smile.gif' alt=':)' class='wp-smiley' /><br />
Wykupilismy najtansza z mozliwych (choc i tak droga) wycieczke, atora w swoim programie miala 1 dzien zjazdu na rowerach, 2 kolejne dni trekkingu pod Machu Picchu i 1 dzien na samych ruinach. Bylo super. Na rowerach poczatkowo pogoda nie dopisywala i lal zimny, nieprzyjemny deszcz, ale kiedy zjechalismy nizej rozjasnilo sie i bylo juz calkiem milo. Choc wygladalismy troche jak swinki po zabawie w chlewiku, bo bylismy cali ubloceni. Nastepne dwa dni to piesza przeprawa przez szlak inkow i inne gorskie scizki, az w koncu doszlismy do Aguas Calientes – miasta od ktorego do Machu Picchu jest juz “tylko” niecale 2 godziny. Niby nic, tyle, ze trzeba przez cala droge wspinac sie po niewygodnych kamienistych schodach, ktore wydaja sie nie miec ronca. My, razem z cala nasza grupa, udalismy sie na szczyt Machu Picchu juz o 4 rano, gdyz aby wejsc na jeden ze szczytow – Wayna Picchu (czyli ten, ktory jest widoczny wraz z ruinami na kazdej pocztowce i jest chyba najbardziej rozpoznawalny) – trzeba dostac bilet. A biletow jest tylko 400..Zatem kazdy sie spieszyl, by moc sie wspiac na ten szczyt. W ciemnosciach, czlapiac pod gore niejednokrotnie mielismy dosyc…Nie wiemy ile tam bylo schodow. Nie chcialo nam sie liczyc. Ale na pewno bylo ich zdecydowanie za duzo…Kiedy sie doszlo na sama gore, zobaczylo bramki kontrolne, bylo to jak wygranie losu na loterii…<br />
Machu Picchu przywitalo nas o 6 rano mgla…Ale taka mgla przez ktora nic nie bylo widac. Troche balismy sie, ze bedzie tak przez caly dzien, tym bardziej ze sam przewodnik byl zdziwiony taka aura. Ale juz o 9 niebo sie rozjasnilo, chmura opadla a nam ukazywaly sie powoli ruiny w calej okazalosci. Powiedziec, ze bylo to super, to chyba za malo. Niesamowicie jest zobaczyc cos, co niejednokrotnie ogladalo sie w telewizji, na pocztowkach, w gazetach… Przez caly dzien obeszlismy chyba wszystkie mozliwe miejsca – wspielismy sie na szczyt Wayna Picchu, doszlismy do inkaskiego mostu I Bramy Slonca, eksplorowalismy wszystkie ruiny i chlonelismy klimat tego miejsca. Bylismy zmeczeni czterodniowa wedrowka, ale szczesliwi,ze mozemy widziec, to co widzimy.<br />
Dzis juz wybieramy sie dalej. Nie ma co tracic czasu, gdyz do konca wyprawy zostaly nam juz niecale dwa miesiace. Mamy juz bilety powrote na 17 sierpnia <img src='http://podrozmarzen.net/wp-includes/images/smilies/icon_smile.gif' alt=':)' class='wp-smiley' /> Dzis wiec udajemy sie do stolicy -  do Limy, gdzie jutro mamy zamiar zaglosowac w wyborach prezydenckich (wyprawa wyprawa, ale obowiazek obywatelski trzeba spelnic…hehe), a potem juz bedziemy zmykac w strone Ekwadoru.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://podrozmarzen.net/?feed=rss2&amp;p=706</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Zdjecia</title>
		<link>http://podrozmarzen.net/?p=703</link>
		<comments>http://podrozmarzen.net/?p=703#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 18 Jun 2010 14:10:10 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Boliwia]]></category>

		<category><![CDATA[Chile]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://podrozmarzen.net/?p=703</guid>
		<description><![CDATA[Udalo sie nam wrzucic hurtem zdjecia z Boliwii i z San Pedro de Atacama w Chile na strone, wiec zapraszamy do naszej galerii na Picasie: http://picasaweb.google.com/www.podrozmarzen.net/BoliwiaILagunasAltiplanicas
I jeszcze z tego miejsca Ania bardzo by chciala podziekowac wszystkim za urodzinowe zyczenia:)
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Udalo sie nam wrzucic hurtem zdjecia z Boliwii i z San Pedro de Atacama w Chile na strone, wiec zapraszamy do naszej galerii na Picasie: <a href="http://picasaweb.google.com/www.podrozmarzen.net/BoliwiaILagunasAltiplanicas">http://picasaweb.google.com/www.podrozmarzen.net/BoliwiaILagunasAltiplanicas</a><br />
I jeszcze z tego miejsca Ania bardzo by chciala podziekowac wszystkim za urodzinowe zyczenia:)</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://podrozmarzen.net/?feed=rss2&amp;p=703</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Welcome to the Jungle</title>
		<link>http://podrozmarzen.net/?p=699</link>
		<comments>http://podrozmarzen.net/?p=699#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 17 Jun 2010 20:43:27 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Boliwia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://podrozmarzen.net/?p=699</guid>
		<description><![CDATA[Opuscilismy La Paz i jadac ponad 20 godzin niewygodnym, zatloczonym autobusem dojechalismy do miejscowosci Rurrenabaque. Tutaj wykupilismy dwie wycieczki, na ktorych spedzilismy sumarycznie 6 dni. Najpierw wybralismy sie na Pampe - podmokly, bagnisty teren na ktorym zyje duzo zwierzatek. Spedzilismy przemile, leniwe 3 dni w towarzystwie kajmanow, aligatorow, wszelkiej masci malpek, leniwcow, ptakow i zolwi. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Opuscilismy La Paz i jadac ponad 20 godzin niewygodnym, zatloczonym autobusem dojechalismy do miejscowosci Rurrenabaque. Tutaj wykupilismy dwie wycieczki, na ktorych spedzilismy sumarycznie 6 dni. Najpierw wybralismy sie na Pampe - podmokly, bagnisty teren na ktorym<span id="more-699"></span> zyje duzo zwierzatek. Spedzilismy przemile, leniwe 3 dni w towarzystwie kajmanow, aligatorow, wszelkiej masci malpek, leniwcow, ptakow i zolwi. Plywalismy lodka po rzece ogladajac jak wyglada tutejsza flora i fauna. Jednego dnia udalismy sie na wielkie, smierdzace bagno na poszukiwania anakond. I udalo sie nam znalezc - ponad 2-metrowy gad sunal przez blotniste podloze, a nasz przewodnik rzucil sie nan i zlapal ku uciesze wszystkich. Innym razem wybralismy sie bez grupy i przewodnika na krotki spacer do lasku kolo naszego obozu. Chcielismy znalezc malpki, co rowniez nam sie udalo. Co wiecej male kaupcynki nie baly sie nas i moglismy je karmic z reki chlebem ze sniadania <img src='http://podrozmarzen.net/wp-includes/images/smilies/icon_smile.gif' alt=':)' class='wp-smiley' /> Niesamowite przezycie.<br />
Towarzystwo na pampie takze bylo sprzyjajace ku zaliczeniu wycieczki do udanych - w naszej siedmioosobowej grupie poza nami bylo takze 3 czechow, jedna Niemka oraz Francuz i jakos sie tak ulozylo, ze stworzylismy zgrany zespol. Nie tylko do rozmow, ale takze do lowienia ryb - jako jedynej grupie w calym obozie udalo sie nam nalowic duzo piranii ( w tym 4 Mateusza i jedna Ani). Moglismy wiec na kolacji sprobowac jak smakuje ich miesko. Szczerze powiedziawszy miesa to piranie maja malo. Ale jest smaczne.<br />
Dzis natomiast wrocilismy z rowniez trzydniowego wypadu do dzunglii, do PN Madidi. Tam byl zupelnie inny swiat. Po pierwsze - zwierzat bylo tak jakby&#8230;malo. Bylo je slychac, owszem. Ale widac to nie bardzo. Ganialismy kilka razy wraz z przewodnikiem przez chaszcze, krzaki i tropikalne zarosla, ale do naszych najwiekszych &#8220;znalezisk&#8221; mozemy zaliczyc jedynie wlochata tarantule i dlugasnego, silnego weza oraz slimaka wielkosci Mateuszowego buta. Moglismy za to podziwiac duzo zieleni. I to zarowno w dzien, jak i w nocy,bo do naszych rozrywek wliczal sie takze nocny spacer po dzungli w poszukiwaniu nocnych zwierzat. Chyba najbardziej zaskakujacym i podnoszacym poziom adrenaliny we krwi przezyciem bylo zobaczenie wielkiego, wlochatego pajaka&#8230;.na stole w naszej obozowej jadalni. Wyobrazcie sobie, ze spokojnie szamacie kolacje, rozmawiacie w swietle swiec (bo oczywiscie w dzungli pradu nie mielismy), a tu nagle po ceracie pomyka taki maszkaron&#8230;:):):)<br />
Teraz jestesmy juz z powrotem w Rurre po przezyciu tropikalnej ulewy i jutro ruszamy w droge do Peru.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://podrozmarzen.net/?feed=rss2&amp;p=699</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Boliwijski zgielk</title>
		<link>http://podrozmarzen.net/?p=696</link>
		<comments>http://podrozmarzen.net/?p=696#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 09 Jun 2010 22:37:24 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Boliwia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://podrozmarzen.net/?p=696</guid>
		<description><![CDATA[La Paz okazalo sie byc nie tylko miastem wielkiego chaosu i braku ucywilizowania, ale takze miastem zacofanym technicznie, gdyz naszego komputera nie udalo sie nam naprawic. Pomimo zapewnien Boliwijczyka w serwisie, ze na pewno uda mu sie doprowadzic nasz laptop do stanu uzywalnosci, teraz nadal nie mozemy z niego korzystac&#8230; Zatem zdjec nie zobaczycie jeszcze dlugo, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>La Paz okazalo sie byc nie tylko miastem wielkiego chaosu i braku ucywilizowania, ale takze miastem zacofanym technicznie, gdyz naszego komputera nie udalo sie nam naprawic. Pomimo zapewnien Boliwijczyka w serwisie, ze na pewno uda mu sie doprowadzic nasz laptop do stanu<span id="more-696"></span> uzywalnosci, teraz nadal nie mozemy z niego korzystac&#8230; Zatem zdjec nie zobaczycie jeszcze dlugo, gdyz najblizszy serwis Fujitsu jest dopiero w Bogocie w Kolumbii. Przypuszczalnie az do tego czasu nie uda sie nam nic zrobic, co zapewne zasmuca was, a nas doprowadza do bialej goraczki i pewnej bezradnosci w tym zakresie&#8230;<br />
Mimo wszystko napiszemy pokrotce co u nas. Zatem ostatnio pisalismy do was z Potosi. Tam, w najwyzej polozonym miescie Boliwii, wybralismy sie do kopalni srebra i zrobilismy kilka krotkich wycieczek po miescie. Aklimatyzacja do nowych warunkow wysokosciowych nie byla latwa - mala zawartosc tlenu na wysokosci powyzej 4 tysiecy metrow n.p.m. powodowala u nas zadyszke przy kazdej najmniejszej aktywnosci. Ale dawalismy sobie rade i nawet wejscie do kopalni, gdzie panuja okropne warunki, mozemy zaliczyc do udanych.<br />
Do nadal czynnej kopalni srebra udalismy sie z wycieczka prowadzana przez bylego gornika. Znal wiec on kazdy zakamarek tego miejsca, tutejsze zwyczaje i warunki, o ktorych opowiadal nam z wielka pasja. Dostalismy kaski, lampki i ochronne ubranie i ruszylismy. Na poczatek targ gornikow - tam musielismy kupic kilka prezentow dla pracujacych (m.in. liscie koki, wodke i papierosy), bo takie panuja zwyczaje. Potem pod ziemia obdarowywalismy (troche z przymusu) napotykanych przy pracy gornikow. A pracuja oni w warunkach przypominajacych europejskie z XVIII czy XIX wieku. Ludzie pracuja w koszmarnych warunkach po 8 godzin dziennie, rozwalajac sciany dynamitami (ktore sa dostepne na kazdym rogu w miescie), przenoszac wszystko na powierzchnie recznie, majac za swoj sprzet jedynie kask z lampka i liscie koki w policzku. Pod ziemia spedzilismy jakies 2, czy 3 godziny, przeciskujac sie przez zapylone, duszne, malenkie korytarze, ktore pozbawione sa jakichkolwiek zabezpieczen. Mateusz nawet pomogl pchac wozek z urobkiem przez jeden z korytarzy, co podobno zbyt latwe nie bylo&#8230; Odpalilismy takze swoj dynamit przechodzac wczesniej szybka, uproszczona lekcje jak to zrobic. Na koniec odwiedzilismy kilka diablow. Diabel bowiem jest dla tutejszych gornikow bostwem, ktoremu oddaja ofiary z lisci koki, wodki i papierosow, co ma niby przynosic im pomyslnosc pod ziemia. W ciasnym korytarzyku nasz przewodnik pokazywal nam wszelkie rytualne czynnosci, jakie przy glinianych posagach diablow, wykonuje kazdy gornik (m.in. odpalil papierosa kazdemu z posagow i sobie, oblal kazdy posag wodka i sam sie rowniez kilkakrotnie napil i obsypal oba posazki lismi koki). Bylo dziko - tak mozemy podsumowac te eskapade. Wyjscie do tej kopalni jest czyms, czego warto doswiadczyc, ale raczej nigdy sie tam nie wraca&#8230;<br />
W Potosi obejrzelismy rowniez od srodka klasztor Santa Teresa oraz mennice miejska Casa de Moneda. Oba miejsca musielismy, niestety, ogladac z przewodnikiem przez co zabralo nam to bardzo duzo czasu (jak wiadomo przewodnicy lubia byc rozwlekli i nawet o najmniejszej, nawet nieistotnej rzeczy moga mowic godzinami). Z Potosi udalismy sie dalej do La Paz. A tu zaczela sie zupelnie inna bajka.<br />
Chaos, tlum, nieporzadek, wszechobecne krzyki i calkowity brak jakichkolwiek zachowan cechujacych cywilizowanego czlowieka - takie jest w skrocie La Paz. Nie maja tu np. autobusow tylko takie wieksze busiki, ktore sa prywatna wlasnoscia kierowcow. Kazdy ma numer i wypisane miejsca, gdzie jedzie. Mimo to w kazdym z takich busow jest ktos, kto stoi w otwartych drzwiach i wykrzykuje gdzie ten pojazd sie udaje i za jaka cena mozna nim pojechac. W ten sposob nawoluja ludzi z ulicy (w koncu im wiecej pasazerow zabierze kierowca, tym wiekszy dla niego zarobek). Najgorszy w tym wszystkim jest fakt, ze w La Paz chyba tylko te busiki jezdza po ulicach. Na kazdym kroku przejezdza szereg takich busow i z kazdego ktos sie wydziera na cala ulice. Do tego miasto wyglada jak jeden wielki bazar. Nie ma ulicy, zeby nie znalezc przynajmniej dziesieciu (a zwykle duzo wiecej) straganow ze wszystkim, co mozna sobie tylko zazyczyc – od ubran, po srubki. Oczywisie kazdy nawoluje potencjalnych klientow-przechodniow do siebie, zatem w La Paz jest gwarno jak w ulu. Co wiecej jak jakis pojazd przejezdza przez skrzyzowanie z inna droga to trabi. Nie jest tu przyjete, ze sie zwalnia,tylko jadac z pelna predkoscia przejezdza sie przez skrzyzowanie oznajmiajac przeciaglym trabnieciem, ze sie jedzie. A jesli chodzi o jakiekolwiek atrakcje turystyczne, to poza Targiem Czarownic, gdzie mozna sobie kupic zasuszoneg plody lamy, to nie ma nic ciekawego i wartego uwagi…<br />
W takich warunkach przyszlo nam spedzic ostatnie 5 dni, oczekujac na laptop, ktory i tak nie zostal naprawiony…Na szczescie ile moglismy, tyle czasu spedzalismy poza granicami miasta. Najpierw wyruszylismy na rowerowa eskapade po lokalnej Drodze Smierci. Bez przesady nazwano te droge w ten wlasnie sposob. Jest ona bardzo cienka i kreta, a o spadniecie w dol nie trudno. Ale taka adrenaline ma sie raczej tylko jadac rowerem – samochodem juz nie ma tego dreszczyku emocji (i takze mozemy stwierdzic, iz wiele drog w Nowej Zelandii bylo dokladnie takich samych). Rowerem latwo o wywrocenie sie, jak to zrobil jeden chlopak z naszej grupy, poslizgniecie czy cokolwiek innego. Po drodze stoi wiele krzyzy upamietniajacych tych, ktorzy stracili tu zycie. Nam sie udalo bez jakichkolwiek przykrych przygod przejechac przez cala te 65-kilometrowa, malownicza trase. Po drodze musielismy pokonywac rzeki i przejezdzac pod niewielkimi wodospadami. Bylo super. Na koniec czekal na nas obiad w malej gospodzie z basenem (nazywana szumnie przez agencje turystyczna Hotelem z basenem)…<br />
Kolejnego dnia wyruszylismy 72 kilometry poza obreb La Paz do wioski Tihuanaku, gdzie sa ruiny preinkaskich swiatyn. Mielismy bardzo wyedukowanego przewodnika, ktory widac lubi to, czym sie zajmuje. Dzieki temu moglismy uzyskac bardzo interesujace informacje na temat ludow , ktore tu niegdys mieszkaly, ich zwyczajow, tradycji i oczywiscie samych ruin i zachowanych tam posagow. Mamy stamtad ladne zdjecia, ale coz z tego, skoro nie mozecie ich zobaczyc ;(:(<br />
Wczoraj natomiast wyszlismy najwyzej w swoim zyciu – na wysokosc ponad 5 400 mnpm, na lokalna gore Chacaltaya. Niegdys miescil sie tu najwyzej polozony stok narciarski, ale juz go nie ma, gdyz tutejszy lodowiec stopil sie jakies 5 lat temu, pozbawiajac mieszkancow La Paz narciarskiej rozrywki w tym rejonie. Widok z gory byl fantastyczny – kolorowe jeziorka, wokol gory i pagorki, a chmury byly bardzo blisko nas. Oddychalo sie tam ciezko, ale i tak bylo warto sie troche pomeczyc. Pozniej pojechalismy do Doliny Ksiezycowej zlokalizowanej 20 minut od centrum miasta. Wiatr i deszcz utowrzyly w tym rejonie ciekawe formacje z piaskowca i blota, ktore komus przypominaly powierzchnie ksiezyca (choc my sie z tym raczej nie zgadzamy). Pomiedzy blotnymi wypustkami i wklesnieciami rosna roznego rodzaju kaktusy, a wsrod nich mozna wypatrzec Viracoche, czyli podobne do kroliko-szynszyla zwierzaczki pomieszkujace teren Ksiezycowej Doliny.<br />
A dzis nie robilismy nic, zbierajac sily na dalsza podroz. Jutro wyruszamy na pampe i do dzunglii. Czeka nas malo komfortowa 20-godzinna podroz malym, niewygodnym busikiem z bagazami na dachu, ktory ma nas dowiezc do Rurrenabaque. A pozniej opuszczamy juz Bolwie i ruszamy na podboj Peru.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://podrozmarzen.net/?feed=rss2&amp;p=696</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Szybki transfer przez granice</title>
		<link>http://podrozmarzen.net/?p=692</link>
		<comments>http://podrozmarzen.net/?p=692#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 03 Jun 2010 01:40:49 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Boliwia]]></category>

		<category><![CDATA[Chile]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://podrozmarzen.net/?p=692</guid>
		<description><![CDATA[Od ostatniego wpisu przemierzylismy az dwie granice. Najpierw z Chile, gdzie znow wjechalismy tylko na chwile. W San Pedro de Atacama (gdzie sie zatrzymalismy) udalismy sie na jednodniowa wycieczke po Lagunas Altiplanicas. Piekne jeziora otoczone mnostwem wulkanow i gor byly oszalamiajace. A do tego lataly flamingi :):)
Nastepne 3 dni spedzilismy na wycieczce jeepami po pustkowaniach [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Od ostatniego wpisu przemierzylismy az dwie granice. Najpierw z Chile, gdzie znow wjechalismy tylko na chwile. W San Pedro de Atacama (gdzie sie zatrzymalismy) udalismy sie na jednodniowa wycieczke po Lagunas Altiplanicas. Piekne jeziora otoczone mnostwem wulkanow i gor byly oszalamiajace. A do tego lataly flamingi :):)<br />
Nastepne 3 dni spedzilismy na wycieczce jeepami po pustkowaniach boliwijskiego Altiplano - kolorowe laguny, pustynie, wulkany, najwieksze solnisko na swiecie (Salar de Uyuni), hotel z soli i przerazliwy ziab towarzyszyly nam przez ten czas. Bylo super. Bylismy caly czas na wysokosci powyzej 3500 metrow n.p.m, ale na szczescie choroba wysokosciowa nas nie zlapala..Teraz jestesmy w najwzej polozonym miescie Boliwii-Potosi i jutro wybieramy sie do tutejszej kopalni srebra.<br />
Niestety nie zobaczycie tu zadnych zdjec. Ten wpis tez jest taki krociutki troche&#8230;A to wszystk dlatego, ze mamy problemy techniczne z naszym komputerem. A raczej z ladowaniem baterii, ktora obecnie jest pusciutenka i nic z nia nie mozemy zrobic..:( Mamy nadzieje,ze jak dotrzey do La Paz, tam znajdziemy serwis ktory upora sie z nasza usterka. </p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://podrozmarzen.net/?feed=rss2&amp;p=692</wfw:commentRss>
		</item>
	</channel>
</rss>
