Podr Marze

WSZYSTKO CO DOBRE, SZYBKO SIĘ KOŃCZY…

Powróciliśmy do kraju – cali, zdrowi, zmęczeni, ale niezmiernie szczęśliwi. Burzliwe przywitania, łzy radości ze spotkania bliskich – to towarzyszyło nam w mijającym tygodniu. Chyba jeszcze nie dociera do nas ogrom naszego przedsięwzięcia, które się właśnie skończyło. To przyjdzie z czasem. Podobnie jak ponowna aklimatyzacja w swoim starym środowisku. Dawkujemy sobie jak najwolniej rzeczywistość i realia, do których wróciliśmy. Za miesiąc studia, praca i czar 10-miesięcznej wyprawy zostanie już tylko niesamowitym wspomnieniem, o którym będziemy na pewno opowiadać jeszcze przez długi czas. Czy planujemy kolejną wyprawę? Niewykluczone. Ale na pewno nie w najbliższym czasie…
Chcielibyśmy podziękować tu i teraz wszystkim, którzy odwiedzali nasz blog. Jak widzicie marzenia się spełniają – najlepszym tego przykładem jest zrealizowanie przez nas „podróży marzeń”. Zachęcamy i was do tego, by brnąć do realizacji swych pragnień.
Dziękujemy wszystkim tym, którzy wierzyli w nas i podtrzymywali na duchu w chwilach słabości.
Dziękujemy naszym rodzinom kibicującym nam w każdym momencie podróży chyba najmocniej ze wszystkich.
Dziękujemy naszym couchsurfingowym gospodarzom: Elmie z Kuala Lumpur, Nicoli z Melbourne, Williamowi z Canberry, Stevenowi z Brisbane, Ming z Darwin, Josie z Melbourne, Barbarze z Auckland, Agustinowi z Buenos Aires, Regisowi z Rio de Janeiro, Renacie i Gutherowi z Sao Paulo, Caio i jego rodzinie z Curitiby, Arielowi i Carlosowi z Parany, Christianowi i Carolinie z Santiago de Chile, Beatriz z Puerto Madryn, Gabrielowi z Vina del Mar, Francowi z Limy, Davidowi z Bogoty, Julii z Bariloche, Liodegarowi i Aidzie z Caracas oraz Antoniowi z Salvadoru. Mamy nadzieję, że przynajmniej kilku z was przyjedzie kiedyś do Polski, do Krakowa i będziemy mogli odwdzięczyć się wam za waszą gościnność.
Dziękujemy tym, którzy przygarnęli nas także do siebie na kilka dni a z couchsurfingiem nie mają nic wspólnego – przede wszystkim Andrzejkowi i Ali za gościnę w Perth i spędzenie z nami dwóch przesympatycznych tygodni na południowo-zachodnim krańcu Australii, pani Barbarze z Londynu, a także panu Stefanowi W. oraz jego rodzinie w Sydney.
Dziękujemy wszystkim kierowcom, którzy zabrali nas na autostop, a było ich wieleelu. Każdego z osobna pamiętamy i ciepło wspominamy.
Dziękujemy też przypadkowo spotkanym po drodze rodakom za miłe chwile spędzone wspólnie, m.in. Kaji i Pawłowi, Dance i Tomkowi, Julkowi oraz Toolence, a także zrządzeniem losu napotkanym obcokrajowcom – głównie Ray’owi za przyjęcie nas w Adelajdzie prawie jak rodzinę oraz Gregowi i Georginie za miłe chwile spędzone razem w Wenezueli.
Tak byśmy mogli długo. Ale na tym zakończymy. To nasz ostatni wpis. Jesteśmy w domu. Przygoda zakończona. Być może kolejna czeka za rogiem, ale to już będzie zupełnie inna „podróż marzeń”…:)

Centrum podbite

Jesteśmy już w samym środku Australii – w Alice Springs. Ale po kolei.
Z Port Augusta wyjechaliśmy następnego dnia po tym, kiedy zostawili nas na campingu Daniel i Kail. Nie było tam nic ciekawego do roboty, ani ładnego miejsca do odpoczynku, więc postanowiliśmy pojechać na przylądek Yorke i tam zalokować się na dwa dni i polenić się po kilku tysiącach kilometrów spędzonych w CZYTAJ DALEJ »

Kuala Lumpur w mgnieniu oka

29.10
Właśnie siedzimy na lotnisku w Kuala Lumpur - bagaże odprawione, a my zajadamy Donutsy (jako śniadanko), czekając na Chek-in. Jak już pisaliśmy do Kuala Lumpur dotarliśmy przedwczoraj. Spaliśmy u Elmy - naszej couchsurfingowej gospodyni. Był tam także inny podróżnik - Joan z Belgii, który właśnie wraca drogą niepowietrzną do Europy z Nowej Zelandii. Dowiedzieliśmy się od niego pary przydatnych informacji, które na pewno wykorzystamy w naszej wyprawie. Dom Elmy był… specyficzny. Pełno w nim było dywanów, kotów oraz nowoczesnego sprzętu  CZYTAJ DALEJ »

Ostatni dzień w Londynie i przylot do Kuala Lumpur

28.10
Jesteśmy już w Kuala Lumpur, właśnie buszujemy zwiedzając miasto i udało nam się znaleźć darmowy internet. Co się działo wcześniej??? W poniedziałek wstaliśmy trochę wcześniej i po śniadaniu nasza gospodyni zabrała nas na wycieczkę po parku w dzielnicy Richmond. Później już sami pojechaliśmy metrem do miasta i zaplanowaliśmy zobaczyć Tower of London i okolice. Niestety okazało się, że wejście do zamku jest równie drogie co do muzeum figur CZYTAJ DALEJ »

Londyn

24.10
No i się zaczęło:)
Dzisiaj o godzinie 10:00 wystartowaliśmy z Balic. Oprócz Naszych rodziców na lotnisku żegnali nas jeszcze nasi przyjaciele (że im się chciało wstawać w sobotę tak wcześnie rano). Po 2,5 godzinie lotu wylądowaliśmy (o 11:30 czasu lokalnego) na lotnisku Londyn Stansted. Po odbiorze
bagażu całe lotnisko zdążyło opustoszeć zanim odpakowaliśmy nasze plecaki z folii i przepakowaliśmy się tak by w miarę wygodnie ruszyć w Brytyjski świat.
Wyzbierawszy się w końcu z terminalu przylotów nabyliśmy bilet na Angielski PKS do centrum Londynu. Trasa 30 mil do centrum zajęła nam ponad 2,5 godziny:) Na dworcu Victoria zostawiliśmy duże plecaki i z małymi plecaczkami ruszyliśmy w miasto. Co zobaczyliśmy? A cóż można zobaczyć w Londynie jak nie Big Ben’a, budynek Parlamentu, katedrę Wesminsterską i Pałac Buckhingham. Poza tym spacerowaliśmy tłocznymi ulicami Picadilly Circus (gdzie co druga kamienica to kino albo kasyno).
Następnie wróciliśmy na dworzec, odebraliśmy bagaże, kupiliśmy bilety na metro i udaliśmy się w stronę Richmond, gdzie nocujemy u dalekiej cioci Mateusza. Niestety okazało się, że underground district line w dniu dzisiejszym jest remontowane na odcinku 7 stacji od naszego miejsca docelowego – niestety Pani kasjerka nie raczyła nas poinformować i dowiedzieliśmy się o tym dopiero jak kazano nam wysiąść z metra. Po cofnięciu się jeden przystanek metra, przesiadce i przejechaniu 2 przystanków inną linią, zaprowadzono nas do „zastępczego autobusu”, który niestety nie docierał aż do Richmond i dlatego ostatnie dwa przystanki musieliśmy pokonać naziemną koleją – wprawdzie wszystko to przejechaliśmy na jednym bilecie, ale straciliśmy co najmniej 1,5 godziny. Na całe szczęście o 21:00 dotarliśmy do Pani Barbary, która ugościła nas po królewsku kolacją z deserem. Teraz po umyciu się kładziemy się już spać i skrobiemy właśnie te kilka zdań. W dzisiejszą noc także się przesuwa zegarki o jedną godzinę wstecz, zatem przed nami o jedną godzinę więcej spania:)
Pozdrawiamy i jeszcze raz dziękujemy naszym wszystkim przyjaciołom za pełne troski i ekscytacji żegnanie nas w trakcie zeszłego tygodnia.

25.10
Dzisiaj po pysznym śniadanku u Pani Barbary udaliśmy się na zmianę warty pod Buckingham Palace… Tym razem pamiętaliśmy o tym, że część linii metra w ten weekend nie jest czynna więc całą drogę pod królewską rezydencję przebyliśmy autobusem. Niestety okazało się (po pół godziny czekania), że poza sezonem letnim zmiana odbywa się tylko w wybrane dni (i to nie w niedziele). Udaliśmy się w dalszą trasę do dzielnicy Candem. Mijając wielu ulicznych artystów, bardzo modernistyczny budynek opery i muzeum inżynierii miejskiej dotarliśmy pod Royal Court of Justice - z zewnątrz piękny budynek wyglądający bardziej jak barokowa katedra niż siedziba sądu. Chcieliśmy również obejrzeć kościół templariuszy, którego wnętrza wykorzystane zostały w filmie “Kod Leonarda”, ale…był zamknięty (no czegóż się spodziewać w niedzielę :P). Autobusem dojechaliśmy sobie zatem do Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud. Jak na polskie realia ogromna cena za bilet i tak nie przeszkodziła nam w wejściu do środka i cykania sobie zdjęć ze sławnymi ludźmi (no dobra…tylko ich podobiznami). Spędziliśmy tam trochę czasu, wiec nam się już zaczęło robić głodno. Wsiedliśmy do autobusu do Exhibition Road i w Hyde Parku posililiśmy się naszym polskim, wspaniałym “Gorącym Kubkiem” :). Na koniec dnia odwiedziliśmy jeszcze Science Museum (bezpłatne!!! hura, hura). Sześciopiętrowy budynek, pomimo tego iż za wejście doń nic się nie płaci, jest fantastycznie zagospodarowany i poza eksponatami, notkami technicznymi i historycznymi, oferuje również różne interaktywne zabawki. Teraz jesteśmy już w domu, po kolacji. A zaraz będziemy się pakować do jutrzejszego lotu.