Byczki, soczki i figurki
Lipiec 29th, 2010 — admin Ekwador opuscilismy we wspanialych humorach i bogatsi o nowe doswiadczenia. Jeszcze dzien przed odjazdem z Quito wybralismy sie do niewielkiej miescinki Machachi oddalonej od stolicy o jakies 50 kilometrow, gdzie odbywala sie Fiesta del Chagra – coroczne swieto, w trakcie ktorego na ulicach jest zywo, kolorowo i tlumnie. Przez pare godzin parada jezdzcow na pieknych rumakach przetaczala sie przez centrum wioski prezentujac rozne stadniny, mnostwo tancerzy w wielobarwnych tradycyjnych strojach chasalo miedzy nimi a co jakis czas pojawial sie i ciekawie ustrojony powoz . Alkohol przelewal sie strumieniami i to nie tylko wsrod obserwatorow, ale tez (a nawet i w wiekszosci) wsrod tych, ktorzy jechali na koniach (co niejednokrotnie skutkowalo mala koordynacja tego, co robi rumak i jego nerwowym wierzganiem, czy tez parciem prosto w tlum gapiow – na szczescie nikomu nic sie nie stalo, wiec wszyscy mieli doskonalo zabawe). Po konnej paradzie odbywala sie korrida:) W zbitej z desek i patyczkow arenie zgromadzila sie rzesza rzadnych silnych wrazen “kibicow” i nie mniej tych, ktorzy chcieli podniesc swoj poziom adrenaliny czekajac na byka na “ringu”. Bowiem z bykiem nie walczyli jedynie wygladajacy profesjonalnie jezdzcy na koniach, ale tez kazdy kto mial ochote sobie troche pobiegac i pouciekac. Bykow bylo kilka (wchodzacych na arene pojedynczo)– co kolejny to bardziej rozjuszony. Kilku mezczyznom nie udalo sie uciec przed ich natarciem i troche zostali poturbowani, co – jak dalo sie odczuc – bylo najbardziej oczekiwane przez tlum. Niesamowite przezycie! Mateuszowi chodzilo po glowie, zeby tez zejsc na ring i troche byczka podenerwowac, ale stwierdzilismy, ze moze to nie byc najlepszym pomyslem. Na prowizorycznych trybunach bawilismy sie rownie dobrze.
Wielogodzinna jazda autobusem (aaach…to co wprost “uwielbiamy” po tylu dniach podrozy) doprowadzila nas z Quito, przez granice ekwadorsko-kolumbijska az do malego San Agustin. W okolicy tej miescinki jest wiele parkow archeologicznych, w ktorych prezentuje sie wykopaliska dokonane na przestrzeni kilku ostatnich lat. Glowna atrakcja sa tutaj wielkie kamienne posagi, ktore byly stawiane przez pradawne ludy zamieszkujace te rejony, przy grobach zmarlych osob. Byli to tak jakby straznicy. Przez dwa dni odwiedzalismy rozne miejsca znalezisk i podziwialismy te monumentalne kamienne rzezby, ktore zachowaly sie (glownie zakopane przez wieeele lat pod ziemia) w calkiem dobrym stanie.
Z San Agustin przetransortowalismy sie do Bogoty. Stolica Kolumbii zadziwila nas troche swoja “europejskoscia”. Dotychczas w Ameryce Poludniowej niewiele osob mowilo po angielsku, wokol raczej nie bylo zbyt czysto ani schludnie i ogolnie bylo “jakos inaczej”. Bogota natomiast urzekla nas czystoscia i spokojem tchnacym z tutejszych uliczek i zakatkow starego centrum, ladna kolonialna zabudowa, i zadziwila tym, ze wiele osob zna jezyk angielski. Byc moze to, ze tak bardzo polubilismy Bogote jest tez zasluga naszego couchsurfingowego gospodarza Davida, ktory jest niezmiernie sympatycznym i otwartym chlopakiem. Zaprosil nas na piknik ze swoimi znajomymi (i musimy przyznac, ze takiego pikniku to my w zyciu nie widzielismy – ale o szczegolach opowiemy wam juz na zywo), zabral nas do jednej z tradycyjnych restauracji kolumbijskich, gdzie moglismy skosztowac lokalnych przysmakow i przygotowal takze parokrotnie regionalne jedzonko u siebie w domu. Tak, zdecydowanie spotkanie Davida wplynelo znacznie na nasz tak pozytywny odbior kolumbijskiej stolicy.
W Bogocie oczywiscie przespacerowalismy sie Starym Miastem z Placem Bolivara na czele oraz skorzystalismy z okazji, ze wszystkie miejskie muzea sa darmowe (gdyz Kolumbia obchodzi 200-lecie niepodleglosci i wszystkie swoje zbiory postanowili pokazywac bez oplat) i odwiedzilismy m.in. Museo Botero (muzeum jednego z najwazniejszych i najslawniejszych kolumbijskich malarzy, ktorego sztuka “wieloformatowa” wielce nas rozbawila, ale tez ujela czyms, czego nie mozemy za bardzo okreslic), Iglesia Santa Clara, Casa de Moneda oraz najwazniejsze w Bogocie – Muzeum Zlota (gdzie na 5 pietrach prezentuje sie cale mnostwo wyrobow ze zlota, ktore udalo sie znalezc archeologom na terenie Kolumbii). Wyjechalismy takze na Gore Monseratte, gdzie gorujac nad miastem wznosi sie klasztor slynacy ze swej figury Chrystusa Upadajacego i roztaczajacego sie panoramicznego widoku na cale miasto.
Korzystajac z gosinnosci Davida zostalismy w Bogocie o jeden dzien dluzej, aby moc odwiedzic polozona nieopodal miescine Zipaquira. Tu bowiem w jednym ze wzgorz sa kopalnie soli, a w nich slynna w Kolumbii katedra z soli i droga krzyzowa. Choc niewatpliwie jest to miejsce godne zainteresowania, calkiem ladne i jak na amerykanskie warunki bardzo oryginalne, to nie moze sie rownac naszej katedrze z soli w kopalni soli w Wieliczce. Czemu? Moze z powodu swej surowosci, moze dlatego, ze wszystkie figury sa stworzone nie-z-soli, moze dlatego ze jest duzo mniejsza…Ale i tak uwazamy ze warto tu bylo przyjechac chocby dlatego, zeby moc miec porownanie i napisac wam nasza opinie na jej temat:)
Z Bogoty swe kroki skierowalismy do Cartageny. Przewodniki pisaly, ze jest to jedno z najpiekniejszych kolonialnych miast calej Ameryki. Nasi znajomi, a takze mniej nam znani spotkani po drodze podroznicy – wszyscy jednym chorem stwierdzali, ze nie odwiedzic Cartegeny bedac w Kolumbii, to tak jakby w Kolumbii wogole nie byc…I wiecie co? Mieli racje. My takze podpisujemy sie pod tymi slowami i glosno mowimy, ze Cartagena jest najladniejszym miastem, w jakim bylismy w calej Ameryce Poludniowej. Kolonialne balkoniki na kazdej z kolorowych kamieniczek, wszedzie donice z kwiatami lub niewielkie barwne drzewka zasadzone tuz przy fasadzie domow, obronne mury okalajce cale Stare Miasto….sprzedajace owoce murzynki ubrane w wielokolorowe stroje…sprzedawcy obrazow, bizuterii i regionaliow…i wszedobylskie wozeczki oraz budki, w ktorych mozna kupic soki z owocow, ktorych nawet w zyciu nie widzielismy…To wszystko i jeszcze duzo wiecej tworzy niepowtarzalny klimat tego miejsca. Wielka przyjemnoscia jest przechadzanie sie tutejszymi cienkimi uliczkami czy tez obronnymi murami. A pogoda jak najbardziej nam sprzyjala – az nadto, bo upaly byly ponad 30stopniowe ![]()
Niedaleko Cartageny znajduje sie jedna z niecodzinnych atrakcji turystycznych, mianowicie maly wulkan Lodo tel Totumo. Niby wulkan jak kazdy inny, ale niecalkiem…Nie wyrzuca on bowiem lawy, lecz bloto. A co wiecej – w blocie tym, na szczycie wulkanicznego stozka mozna sie kapac i potaplac. Takotez i my zrobilismy – blotna kapiel w wulkanie byla calkiem..hmm…inna od wszystkiego, co do tej pory robilismy. Ciezko sie tam poruszalo, ale zabawa byla przednia…i duzo mycia po wyjsciu:)
Wczoraj dotarlismy na polnocne wybrzeze Kolumbii, a konkretnie do Santa Marty. Miasto to nie ma w sobie nic specjalnego. Nawet szczerze powiedziawszy nie ma tu zbyt wiele do ogladania. Przyjechalismy tutaj jednak, aby sobie troszke ponurkowac. Skoro zrobilismy ta licencje OWD w szkole nurkowania DIVING PLANET, to trzeba z niej korzystac poki jest okazja. Wiec dzisiejsze przedpoludnie spedzilismy pod woda. Cale mnostwo chowajacych sie przed nami gdy zbyt blisko podplynelismy koralowcow, malych box-fishów, duzych jak nasze glowy kolorowych ryb, caly ogrom czyhajacych w przyczajeniu na swa ofiare muren (duzych, malych, srednich, ciapkowanych, jednokolorowych…) i wieeeeeeele innych morskich zwierzatek z plaszczkami i rozgwiazdami na czele towarzyszylo nam w trakcie naszych dwoch godzinnych nurkowan na glebokosc okolo 20 metrow. Mielismy przewodnika, wiec nie pogubilismy sie w naszej podwodnej wycieczce, a do tego mielismy okazje ponurkowac tez troszke na wrakach trzech niewielkich stateczkow zatopionych nieopodal brzegu niewielkiej wysepki u brzegow Santa Marty.
Jutro mamy zamiar jechac dalej – powylegiwac sie pare dni na karaibskich plazach w Parku Narodowym Tayrona, a potem smigac dalej do Wenezueli..Czas nagli
Wrzucilismy kilka zdjec do naszej galerii wiec zapraszamy: http://picasaweb.google.com/www.podrozmarzen.net/MachachiIKolumbia#

…Podróż Marzeń…









